Islandia

Wielokrotnie pytano mnie się jak tam jest … postanowiłem wreszcie opisać nasz rejs dookoła Islandii.

Przygotowania do rejsu rozpocząłem jeszcze w grudniu 2004. Na początku roku wiadomo było, że jacht „Politechnika” popłynie w tamtą stronę, a ja poprowadzę odcinek z Obanu w Szkocji do Reykjaviku na Islandii. Potrzebowałem dwa dni, żeby zebrać sprawdzoną już super załogę w składzie: Zuza Łopieńska, Aśka Krawiec, Helena Zuszek, Jarek Hasik, Mikołaj Woroniecki, Łukasz Rosenberg, Krzysiek Meldner, Rafał Głogowski.

Wyjeżdżaliśmy na początku lipca z Warszawy. Bus, którym wieźliśmy sobie rzeczy potrzebne na rejs zapakowany był do granic możliwości, a nawet trochę bardziej… I już po 36 godzinach jazdy z paroma przygodami, o których mógłbym napisać kolejny wątek, dotarliśmy do Obanu… gdzie się okazało, że nie ma kei na której możemy się spokojnie zapakować… Metodą partyzancką jednak się udało. Wszystko się zmieściło i mieliśmy jeszcze trochę czasu, żeby zwiedzić miasteczko.

Następnego dnia rano start… z drobnym postojem w Stornoway na dotankowanie paliwa pożeglowaliśmy prosto na Islandię. Z tym prosto to mocno przesadziłem 🙂 Po wyjściu za wyspy Lewis najpierw płynęliśmy na NW, a po około 3 dniach zmieniliśmy kurs na bardziej N. Tak czy siak po dokładnie czterech dobach dotarliśmy do Hofn.

To nasz pierwszy kontakt z Islandią i pierwsze wrażenia: brak mariny, właściwie nie ma ludzi, woda na basenie pachnie siarką, Islandczycy spacerują jeżdżąc samochodem, jest pięknie 🙂

Po krótkim odpoczynku i prawie całodziennej wycieczce do pobliskiego lodowca ruszyliśmy dalej.
Po drodze w nieziemsko gęstej mgle udało nam się trafić na przepiękną wyspę Papey. Na szczęście na samej wyspie zrobiło się słonecznie, ciepło i bez mgły… Zaraz po opuszczeniu wyspy mgła wróciła i towarzyszyła nam koleje cztery dni.

Kolejnym przystankiem w naszym rejsie był Seydisfjordur miasteczko, w którym po pierwsze poznaliśmy różnicę po między leśniczym a ‚tree-maker’. Ten pierwszy, jak wiadomo, opiekuje się drzewami, które już są. Ten drugi ma je stworzyć i to jest lepsze określenie niż wyhodować 🙂

Drugą rzeczą, którą odkryliśmy to fakt, że w niewielkim baseniku w którym stanęliśmy mapa pokazywała trochę inną głębokość niż powinna i przy niskiej wodzie okazało się, że stoimy w piachu. Postój przedłużył nam się do najbliższej wysokiej wody i po krótkiej walce udało nam się wyjść w stronę Akureyri. Zaraz po wyjściu z fiordu przywitał nas wiatr, który dość szybko stężał do 8 Beauforta i tak trzymał prawie 12 godzin, później znów była mgła, a temperatura spadała do około 4-5 stopni.

W Akureyri zrobiliśmy sobie drugą wycieczkę wgłąb lądu. W tym celu pożyczyliśmy dwie Toyoty Corolle i objechaliśmy całą północno-wschodnią część wyspy… wodospady, pola lawy, źródła geotermalne… czy muszę pisać, że znów było pięknie ?

Wróciliśmy około północy, oddaliśmy samochody i płyniemy dalej, a odpoczniemy na emeryturze 🙂 Przed południem byliśmy na malutkiej wyspie Sandvik. Tutaj mogliśmy przekraczać koło polarne do bólu i wedle własnych życzeń… np.: dwadzieścia trzy razy 🙂

Krótki postój i płyniemy dalej to połowa rejsu i połowa wyspy. Ale dobrze nie wyszliśmy na morze, jak z wody ‚coś’ wystaje i płynie na nas… Niechybnie trzeba to uwiecznić na zdjęciu przynajmniej w kilkudziesięciu ujęciach, więc uganialiśmy się czymś co określiliśmy jako orka przez prawie dwie godziny… efekt był lepszy od założonego 🙂

Następnego dnia po minięciu lokalnego przylądka Horn stanęliśmy w małej zatocze Hornvik i dokonaliśmy desantu na ląd. Przywitała nas plaża z czarnym piachem wulkanicznym, później długo ciągnęły się krzaki i chaszcze, aż wreszcie doszliśmy do wodospadu, w którym pomimo zimnej wody wzięliśmy mały prysznic 🙂 Jak już się wszyscy zebrali z powrotem na jachcie to czas był najwyższy podnieść kotwicę i ruszyć dalej. Wiatr powitał nas podmuchami do 6 może 7 B i jeden z takich podmuchów zmniejszył nasz stan posiadania o jednego grota :-/

Isafjordur – spory (jak na Islandię) port rybacki, ale żaglomistrza nie mieli. Udało nam się za to umówić, że Reykjaviku w firmie szwagra faceta, który atestował tratwy w Isafjordur, zszyją nam grota. My po uzupełnieniu wody popłynęliśmy dalej…

Okazało się, że mamy dzień zapasu. Wyciągnąłem mapę, patrzę gdzie tu można się zatrzymać i jest coś fajnego… Jest coś… nazywa się cośtamjokull, a jokull to lodowiec. Więc będzie nasz…

Sześć i półgodziny wspinania się do góry, najpierw po mokrej trawie przedzielonej trzema lodowatymi potokami, później kamienista pustynia, następnie głazy po których skakaliśmy, żeby dojść wyżej … a na końcu śnieg i fikołki 🙂 a później już tylko cztery godziny w dół i żeby nie właściciel basenu, który nas wpuścił wieczorem na prawie zamknięty już basen to byśmy chyba się tam pochlastali 🙂

Następnego dnia wymieniliśmy jeszcze uprzejmości z miejscowym rybakiem czego efektem były świeże ryby w zamian za czteropak piwa i płyniemy dalej, do Reykjaviku. Tam najpierw odnajdujemy żaglomistrza, który…. tak naprawdę szyje namioty. Ale obiecuje nam, że będzie OK i mamy pojutrze odebrać żagiel. Cóż było robić pożyczyliśmy terenową Toyotę i kolejny dzień zszedł nam na oglądaniu różności. Między innymi: Gezjera, który jest przereklamowany, mostu między europejską i amerykańską płytą kontynentalna i mnóstwo przepięknych widoków. Po odebraniu żagla i uzupełnieniu wody, paliwa w jedynej chyba marinie na Islandii czekał nas jeszcze mały przeskok do Kefalviku, gdzie mieliśmy się zmienić.

W ciągu 22 dni rejsu przepłynęliśmy 1582 mile morskie w czasie 315 godzin, mieliśmy tydzień mgłę, raz wiatr o sile 8B, prawie dwa tygodnie ciszy oraz cztery całodniowe wycieczki wgłąb wyspy. Było super, głównie dzięki załodze. Dzięki !

Zapraszam do obejrzenia zdjęć z rejsu: