Atlantic Rally for Cruisers

Atlantic Rally for Cruisers, częściej znane po prostu jako ARC to nie tylko regaty przez Atlantyk, to mnóstwo imprez towarzyszących i niesamowita atmosfera przed, w trakcie i po zakończeniu regat i tak już 24 lata… (ten artykuł pojawił się w marcowym numerze miesięcznika „Żagle”)

Była jesień 1985 roku i jak co roku setki ludzi przygotowywało się do przepłynięcia Oceanu Atlantyckiego. Podobnie jak Kolumb ponad 500 lat temu wyspy Kanaryjskie były ich ostatnim przystankiem i miejscem przygotowań. W przeciwieństwie jednak do wielkiego żeglarza odkrywcy wiedzieli dlaczego i gdzie chcą się dostać. Wiedzieli, że na Karaibach wieje pasat, a pogoda w porównaniu z tą w Europie jest idealna, żeby spędzić tam zimę. Pomiędzy tymi załogami dziennikarz żeglarski i autor wielu książek Jimmy Cornell zbierał materiały do artykułu jak się Ci ludzie przygotowują do rejsu przez Atlantyk. Zachwyciła go atmosfera, którą spotkał i wpadł na pomysł, że można by zorganizować regaty dla tych ludzi. Z tą różnicą, że bardziej niż samo ściganie się ważne byłoby samo uczestnictwo i podniesienie bezpieczeństwa, szczególnie dla tych którzy pierwszy raz płyną przez Ocean. Idea się spodobała i 25 listopada 1986 ponad 200 jachtów wystartowało z Las Palmas…

W tym roku po raz dwudziesty czwarty w Las Palmas zbierały się jachty biorące udział w ARC. Organizator regat (World Cruising Club) zaleca, żeby przybyć dwa tygodnie przed startem, aby porządnie przygotować jacht do podróży. Warto się tego posłuchać, gdyż cały ten czas został dobrze zorganizowany. My (czyli ja i Krzysiek) przypłynęliśmy jachtem do Las Palmas i od razu wtopiliśmy się w atmosferę i klimat imprezy. Reszta załogi miała dolecieć później, a część przyleciała wręcz na gotowe. Płyniemy w sześć osób na 46 stopowym Oysterze, którego miesiąc wcześniej odbierałem razem z właścicielami ze stoczni w Ipswich. W regatach oprócz nas startują jeszcze dwie polskie załogi, ale tylko my mamy jacht pod Polską banderą. W sumie szczegół ale cieszy 🙂

Organizatorzy w przedpołudnia zaplanowali seminaria (m.in. z zaprowiantowania, otaklowania i olinowania jachtu, łączności, pływania z wiatrem, astronawigacji, zużycia energii elektrycznej, meteorologii, co zrobić jak się coś zepsuje itp.), na których ludzie, którzy już wielokrotnie pokonali Atlantyk opowiadali co warto zrobić, a czego robić nie warto, żeby bezpiecznie dotrzeć na „drugą” stronę. I tak np: w trakcie seminarium z zaprowiantowania dowiedzieliśmy się jak się przygotować, żeby przez trzy tygodnie (albo i dłużej) jedzenie było smaczne i atrakcyjne (jak wiadomo nie ma nic gorszego jak spaghetti co wtorek, jajecznica co sobota i gulasz co czwartek). Jak zrobić, żeby przez całą drogę mieć świeże owoce i warzywa. W trakcie seminarium z olinowania prowadzący wyliczył najpierw ile to godzin będziemy płynąć, przeliczył to później na minuty (30240) i błagał wręcz, żeby każdy poświęcił 3 minuty dziennie, czyli 63 minuty w ogóle, na sprawdzenie stanu swoich lin, masztu itp. w celu uniknięcia przykrych niespodzianek w trakcie płynięcia przez Atlantyk. To na prawdę działa!

Popołudnia były przeznaczone na pracę przy jachcie, w tym wizyty wszelakich serwisantów, począwszy od mechaników, przez elektryków, znawców łączności dalekiego zasięgu po hydraulików i serwisantów lodówek i zamrażarek. Najlepszym przykładem był nasz jacht, niby nowy, bo odebrany miesiąc wcześniej ze stoczni, ale jednego dnia przyszedł mechanik przejrzeć silnik, okazało się, że nasze spostrzeżenia o słabym ładowaniu z alternatora się sprawdziły i trzeba to naprawić. Problem okazał się na tyle skomplikowany, że skończył… dwa dni później. Następnie przyszedł specjalista od ustawiania elektrycznych kabestanów, bo nasz się rozregulował, a jeszcze później specjaliści od generatora wiatrowego, bo nie ładował jak miał ładować. Niby wszyscy pracowali szybko i sprawnie, bo mieli w kolejce jeszcze ze dwieście jachtów ale i tak minął nam tydzień !

Wieczory to imprezy i zabawy zorganizowane w okolicznych klubach żeglarskich, hotelach i barach, ale też na pomostach i falochronach. Wszędzie mnóstwo ludzi z ARCu i świetna zabawa jak np.: bal przebierańców na zasadzie zrób coś z niczego tak żeby przypominało to postać z kreskówki.

Oficjalnie biuro ARC otwarto 9 listopada, ale uroczyste rozpoczęcie regat odbyło się dopiero po tygodniu. Tego dnia w marinie już od rana świąteczna atmosfera, na jachtach powiewały gale flagowe, a załogi przygotowywały się do parady. Ta zaczęła się w samo południe. Najpierw orkiestra. Później załogi {ustawione alfabetycznie krajami} od Australii przez Francję i Wielką Brytanię, my tradycyjnie przed Portugalczykami, a za Holendrami [Netherlands] i na końcu następna orkiestra. Wszyscy przeszli dookoła mariny, gdzie każda z flag narodowych została wciągnięta na maszt, a potem… świętowanie do późnego wieczora.

Ostatnie dni przed startem zostały poświęcone na zaprowiantowaniu jachtu w jedzenie, warzywa i owoce, zaopatrzeniu w gaz (nie takie proste, jak się okazało) i wodę, ponownym sprawdzeniu czy wszystko już działa i ewentualnych jeszcze drobnych poprawkach, a w między czas wymiana doświadczeń z innymi załogami: „- My banany umieściliśmy w siatce”, „- A my ich wcale nie mamy, bo szybko dojrzewają i się psują” albo „- Tak jak mówili na seminarium zamontowaliśmy panel słoneczny na lewej burcie, bo będzie dawał nam więcej prądu”, „- Nie sądzę, żeby to aż tak dużo dało, zostawiłem jak jest”.

22 listopada to w Las Palmas święto, na pomostach ostatnie przygotowania do startu, na główkach i falochronach tłumy ludzi, w porcie wstrzymano cały ruch, a wszystko w świetnie przygotowanej muzycznej oprawie, kolorowe i wesołe. Każdy jacht był żegnany jak bohater, orkiestra na chwilę zmieniała melodię na jeszcze bardziej skoczną, a spiker krzyczał przez megafon „Powodzenia! Dziękujemy i do zobaczenia!”, a przy niektórych jachtach ludzie dodatkowo wykrzykiwali imię i nazwisko kapitana. Zupełnie jakby wypływała armada statków na podbój kolonii, a nie jachty.

Zapraszamy do poczytania relacji z przejścia Atlantyku oraz obejrzenia zdjęć: