Pokonaliśmy Atlantyk … !!!!

22 listopada to w Las Palmas święto, na pomostach ostatnie przygotowania do startu, na główkach i falochronach tłumy ludzi, w porcie wstrzymano cały ruch, a wszystko w świetnie przygotowanej muzycznej oprawie, kolorowe i wesołe. Każdy jacht był żegnany jak bohater, orkiestra na chwilę zmieniała melodię na jeszcze bardziej skoczną, a spiker krzyczał przez megafon „Powodzenia! Dziękujemy i do zobaczenia!”, a przy niektórych jachtach ludzie dodatkowo wykrzykiwali imię i nazwisko kapitana. Zupełnie jakby wypływała armada statków na podbój kolonii, a nie jachty.

Pomimo, że każdy miał do przepłynięcia około 2700 mil morskich właściwie wszystkie jachty czekały na start w pełnej gotowości, zupełnie tak jakby za parę godzin miały przeciąć linię mety i te parę sekund na starcie miałoby znaczenie. Wiało słabo, właściwie to prawie nie wiało, wszyscy bujali się z lewej burty na prawą, powoli i spokojnie. Kiedy jednak przez radio podano, że do startu zostało 5 minut na wszystkich jachtach zaczęły się gorączkowe przygotowywania do postawienia lekkich żagli do pływania z wiatrem (start był z wiatrem). Do góry poszły wszelkiego typu spinakery, genakery i parasailory… świetny widok kiedy ponad 200 jachtów startuje razem… Start! Zaczęło się… płyniemy, najpierw powoli, ale później coraz szybciej, bo i Neptun stanął na wysokości zadania i dał trochę wiatru. Po 15 milach weszliśmy w „acceleration zone”, jak to nazywali na odprawie skipperów. To dość popularne na Kanarach strefy, gdzie wieje mocniej niż zazwyczaj… i widać pierwsze porwane spinakery… a ostrzegali, ostrzegali.

Wieczorem widać, że flotylla zaczyna się rozpływać. Owszem widać sporo lamp topowych, ale widać też, że część popłynęła bardziej na zachód, część na południe, a część jakby w ogóle na południowy wschód… My płyniemy na południe, byle jak najszybciej w stronę granicy pasatu i później już właściwie tylko na zachód. Regaty regatami, ale założenie jest, żeby ograniczyć straty do minimum, jacht jest nowy i nie bardzo wiadomo na ile można sobie pozwolić. Ma być bezpiecznie.

Po prawie trzech dniach skręcamy na zachód, postanawiam trochę „skrócić” drogę. Prognoza jest cały czas na wiatr NE-ENE 15 do 20 węzłów więc powinno się płynąć szybko i w dobrą stronę. Niestety po paru godzinach wiatr skręca na ENE-E i musimy płynąć fordewindem, a to nie jest nasz najszybszy kurs.

W trakcie regat codziennie my (w sensie wszystkie jachty) wysyłamy swoją pozycję, a zwrotnie dostajemy prognozę pogody na 24 godziny oraz zestawienie pozycji innych jachtów. Organizatorzy zadbali też o to, żebyśmy się specjalnie nie nudzili. Zorganizowali konkursy, na przykład o to kto złowi największą rybę, albo kto wyhoduje najładniejszą bazylię, albo kto zrobi najładniejsze zdjęcie albo kto będzie prowadził najciekawszy blog w trakcie rejsu.

Po prawie 6 dniach dotarliśmy do miejsca, gdzie powinien zacząć wiać pasat… fakt – był 🙂 Zostało nam jeszcze jakieś 1900 mil. Nasze dobowe przebiegi wahają się pomiędzy 150 a 180 mil na dobę, zależy jak wieje. Jesteśmy w grupie jachtów turystycznych, a tam w klasie G zajmujemy 7 miejsce na 18. Nie wszyscy są zachwyceni, ale to naprawdę dobra pozycja, szczególnie jak słyszymy, że inni już mają problemy ze sterem, olinowaniem czy porwali niektóre żagle. My płyniemy dalej bez strat, nie licząc utopionego bloczka….

Najczęstszy widok...

Najczęstszy widok…

Nasz dzień kręci się właściwie wokół … posiłków. Z rana najczęściej drobna korekta żagli, po śniadaniu stawiamy bimini. Uniemożliwia ono nam manewry z grotem, więc jak tylko jest to możliwe to je składamy. Sprawdzenie takielunku, poziomu wody, paliwa itp. Po obiedzie, tak jakoś zazwyczaj wychodzi, zmieniamy układ bądź ustawienie żagli (ze zmianą halsu włącznie), a przy ilości linek jakie mamy poprowadzone to całkiem spora operacja. Tutaj króluje Krzysiek, bezbłędnie przewiduje co i jak poprowadzić, żeby się nic nie urwało czy nie zahaczyło. Po kolacji ponowne sprawdzenie poziomu wody, paliwa i jeżeli jest taka potrzeba do podładowanie akumulatorów.

Dziewiątego dnia jesteśmy w połowie oceanu, z tej okazji robimy wystawny obiad oraz co w naszym położeniu ważniejsze… bierzemy prysznic w słodkiej wodzie, nie mamy odsalarki więc oszczędzamy wodę na tyle ile się da.

Pasat trochę siadł i nasze ostatnie przebiegi dobowe spadają do 130 – 150 mil i tak mamy lepiej, niż Ci co poszli bardziej „górą”, ale to nie jest powód, żebyśmy mięli stanąć. Robimy zwrot (kolejny, a miałby być co najwyżej dwa… 😉 ) i płyniemy kursem na … Brazylię, tam na dole ponoć bardziej wieje. Następnego dnia rano okazuje się, że warto było, siła wiatru wzrosła znów do 20 – 25 węzłów, a co za tym idzie nasza prędkość waha się pomiędzy 7 a 8 węzłów. Ranking twierdzi, że jesteśmy drudzy w swojej klasie ale pozycje niektórych jachtów są bardzo mało prawdopodobne. Poczekamy zobaczymy, póki co zaliczamy pierwszą większą awarię, w trakcie stawiania grota wypiął się karabińczyk trzymający spinakerbom… Ten ostatni momentalnie ląduje w wodzie, na szczęście szybka interwencja ratuje nas przed połamaniem go i porwaniem genuy. Pozostaje „jedynie” wjechać na prawie 20 metrowy maszt, żeby ściągnąć fał z bloczkiem. Niby mamy drugi fał do spinakerbomu, ale jak znam życie to zaraz się okaże, że ten drugi jest też potrzebny, a akurat nie da się go ściągnąć. Krzysiek wjeżdża na górę i przy okazji sprawdza, czy wszystko jest na maszcie na swoim miejscu.

Zostało nam jeszcze z 850 mil do mety, to jakieś 5 i pół dnia, dostajemy maila z informacją, że Big One (jacht typu Volvo 60) już skończył , a czołówka zbliża się do mety (pozostałe dwie polskie załogi są trzecie w swoich klasach). My jesteśmy na 4 miejscu w swojej klasie. Ostatnie dni to na zmianę słabe wiatry z kierunku wschodniego, albo kilkugodzinne mocniejsze szkwały z prawie dowolnej strony spod tej czy tamtej chmury, która to czasem postanawia akurat nad nami wylać trochę nadmiaru swojej wody. My się nie damy, czwarte miejsce też jest dobre… poza tym skończyły nam się świeże owoce i warzywa.

„Widzę ląd” powiedział Maciek, który miał akurat wachtę. Wychodzi mi, że metę będziemy przekraczać w nocy, sprawdzam w instrukcji regat jak wygląda meta i co trzeba zrobić, to jeszcze tylko parę godzin. Około północny słyszę, że jacht z naszej klasy zbliża się do mety, sprawdzam w ostatnim mailu jego pozycję, bo wydaje mi się, że był sporo za nami… Był, ale nie jest, nie wiem jak to zrobił, ale nic tam jeszcze chwilę i będziemy na mecie…

Pokonaliśmy Atlantyk! Zajęło nam to 17 dni 19 godzin 39 minut i 19 sekund. Co po przeliczeniu wyszyło 16 dni 23 godziny 07 minut i 40 sekund i dało nam 40 pozycję na 158 w grupie jachtów turystycznych. Wszyscy są cali i zdrowi, nie licząc przetartego fału, utopionego bloczka i małej dziury na grocie udało nam się nic więcej nie zniszczyć. A było co … inne jachty połamały bomy, spinakerbomy, porwały po kilka żagli czy miały problemy z olinowaniem czy sterem, dwa zostały porzucone na morzu… Teraz czekając na resztę jachtów i oficjalne zakończenie regat możemy pozwiedzać St. Lucię oraz wziąć udział w licznych imprezach zorganizowanych dla uczestników ARC-u.

Ostatecznie 19 grudnia w bardzo uroczystej atmosferze Andrew Bishop, dyrektor World Cruising Club zaprezentował klasyfikację po przeliczeniu oraz wręczył nagrody najlepszym. My zajęliśmy 5 miejsce w swojej grupie (na 18), może i bez medalu, ale i tak uważam, że całkiem nie złe. Po części oficjalnej, zaczęła się cześć mniej oficjalna, ale to już zupełnie inna historia.. kolejne regaty ARC przeszły do historii.

I odrobinę zdjęć delfinów, które widzieliśmy: