Saint Lucia

Ten wpis napisała Sylwia

W czwartek 10 grudnia dopłynęliśmy do Saint Lucii. O 0100 w nocy Maciek pokazywał mi światła na Martynice i na St. Lucii i jakieś trzy godziny później minęliśmy metę. Zatrzymaliśmy się na kotwicy do rana, żeby po ciemku nie wchodzić do mariny, ponieważ główki tutaj są nadzwyczaj wąskie, właściwie to dobra brama do obory jest szersza.

Szorowanie jachtu po rejsie i  porządki zajęły nam ze dwa dni. A potem przyszedł czas na zaskakujące ruchy ze strony właścicieli. Wpierw zrzuta całej załogi na straty poniesione podczas rejsu, a więc wyciąganie od nas kasy za zgubiony bloczek, naddarty żagiel czy przetarte bimini. Po raz pierwszy spotkałam się z takim podejściem właściciela łódki startującej w regatach. Już przecież i tak jako załoga pokryliśmy koszty wpisowego do regat za łódkę, co przecież też jest niecodzienne. Potem informacja, że mamy z Darkiem zejść z łódki w ciągu dwóch dni bez możliwości powrotu na nią.  Musieliśmy szybko poszukać nowego lokum i zorganizować przeprowadzkę, co przy ilości gratów przywiezionych z Polski nie było łatwe. Opierając się na wcześniejszych ustaleniach na temat współpracy i wspólnego zajmowania się łódką zakładaliśmy, że spędzimy na tej łódce co najmniej rok. Tak więc też i nie ograniczaliśmy się specjalnie w objętości rzeczy, ilości książek, ubrań itp. Darek nigdy nie usłyszał, żadnego „dziękuję” za pomoc w odebraniu łódki ze stoczni, za przygotowanie jachtu do regat, za bezpieczne przeprowadzenie jachtu i całej załogi przez ocean. Nie usłyszał też „przepraszam” za to, że zostaliśmy zostawieni na drugim końcu świata, za to, że wycofano się ze współpracy, za to, że zmarnowano kilka miesięcy Darkowego życia złudnymi mrzonkami o wspólnym biznesie. Cały świat jednak wie, że ‚prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy a nie jak zaczyna’. W tym przypadku słowo ‚mężczyzna’ można zamienić na ‚ludzi’. Nam natomiast pozostała gorycz i niesmak, bo zawiedliśmy się strasznie, ale ponoć najlepsze lekcje to są te najdroższe. Ta jest nadzwyczaj kosztowna. Tym bardziej, że same koszty ewentualnego powrotu do kraju dla naszej dwójki na dzień dzisiejszy to niemal 10000 pln.

A jaka się okazała St. Lucia?

Deszczowa

Deszczowa. Przemieszczamy się między kroplami deszczu Kiedy my tam byliśmy to niemal co dzień padał deszcz, bywało też ulewnie i to całymi dniami. Ja rozumiem przelotne deszcze na Karaibach, ale nam się trafiły wręcz deszcze tropikalne. Z drugiej strony nawet jak zmokniemy to po chwili można wyschnąć.

Bananowa

Okazało się też, że St. Lucia to lokalny potentat w produkcji bananów. Jeżdżąc po wyspie widzieliśmy sporo plantacji bananowców. Już teraz wiem, dlaczego na kiściach bananów umieszcza się niebieskie worki. Jak zwykle marketing. Chodzi o to, aby owoce ładnie wyglądały kiedy trafiają do sklepów. A te worki chronią je przed intensywnym słońcem, owadami i powstawaniem brązowych plam. Poza bananami, których jest całe mnóstwo odmian, na Saint Lucii hoduje się także grapefruity oraz pomarańcze z rozróżnieniem na słodkie i kwaśne. Sporo warzyw i owoców jest importowanych.

i muzyczna
Wille w stylu kolonialnym przeplatają się tu z chatkami zbitymi z kilku desek. Natomiast sprzęt grający nawet w domku jak kurnik musi być pierwszej klasy. To samo w samochodach. Muzyka otaczała nas wszędzie. Mieszkańcy St. Lucii kochają karaoke, w niektóre dni z naciskiem na amerykańskie country! Oczywiście ich zamiłowanie do muzyki nie idzie wcale w parze z jakimś wrodzonym talentem wokalnym.

Kolędy mają zupełnie inne niż w Europie. Bardziej radosne i skoczne.  Właściwie to sporo czasu minęło nim się zorientowaliśmy, że te piosenki, które słyszymy wokół to kolędy.

Nasze zwiedzanie

Najlepiej wspominam wycieczkę do Souferie. To było w niedzielę. Umówiliśmy się na wycieczkę z zapoznaną parą od nas z guest house’u (tak oficjalnie nazywało się to gdzie spaliśmy). Dziewczyna pochodzi z UK, a jej mąż właśnie z Saint Lucii. On trzy lata temu wyjechał do Londynu i tam się poznali. Przesiedzieliśmy razem cały wieczór oglądając co dzieje się na ulicy. A działo się wyjątkowo dużo. To był wieczór, kiedy zmieniłam zdanie na temat bezpiecznej jazdy lokalnych kierowców. W terenie zabudowanym mają ograniczenie do 30 mph (mil na godzinę). Chodników jest nie za wiele, ale jakoś zawsze ładnie nas omijali. Jednak tego wieczoru widzieliśmy tuż przy naszym skrzyżowaniu dwa wypadki jeden po drugim. Przyjeżdżała za każdym razem policja. Malowali znaki na jezdni. A tłum miał zajęcie.

Wracając do wycieczki to wypożyczyliśmy samochód i pojechaliśmy w czwórkę w trudniej dostępne miejsca. Najpierw zatrzymaliśmy się w Marigot Bay, przeurocza zatoczka z ekstra drogą mariną dla białych…

Souferie to miejscowość, która była kiedyś stolicą wyspy. Teraz jest uroczym miasteczkiem sprawiającym dużo lepsze wrażenie niż obecna stolica – Castries. Niedaleko dalej jest wulkan, który ostatnio wybuchł 250 lat temu, a ponieważ ten wulkan lubi odzywać się co 200 lat to teraz czekają z niecierpliwością. Monitorują sejsmografami wszelkie ruchu wewnątrz ziemi, ale zdaje się, że jak pierdyknie to pół wyspy pójdzie z dymem. Na tym wulkanie zapach siarki jest, aż trudny do zniesienia. Widać takie bulgoczące kałuże wody z jakimś błotem, która potem dalej płynie zmieszana już z wodą i jest uważana za super uzdrawiającą. Okoliczne SPA kroją klientów właśnie na takie magmowe błotko, które w pobliżu wulkanu jest dostępne zupełnie za darmo. Rzekomo jakość tutejszego błotka jest porównywalna do tego z Morza Martwego. Podobno pomaga również na ugryzienia komarów. Smarowałam się. I niestety nie dostrzegłam jakieś uderzającej poprawy 🙁 Natomiast cała ta błotnista woda płynąca od wulkanu nawet kilkaset metrów dalej jest wciąż jeszcze gorąca. A okoliczne plaże są pokryte czarnym piachem właśnie przez wulkan.

Następnym punktem programu była kąpiel pod wodospadem. Tym razem woda była zdecydowanie chłodniejsza, ale frajda niesamowita. Mi aż trudno było złapać oddech. Nasi znajomi właśnie tam brali ślub kilka lat temu. Wokół wodospadu jest mnóstwo zieleni, przeróżnych roślin, kwiatów, krzewów i sporo ławeczek.

Innego dnia wybraliśmy się na wycieczkę na drugi koniec wyspy. Najpierw poszwendaliśmy się trochę po stolicy po Castries. Jak na stolicę to trochę mała mieścinka. Bardzo ciasno na ulicach. Mnóstwo ludzi handlujących czymkolwiek i mnóstwo nagabywaczy. I do tego podpływają tam crusingowe kamienice pasażerskie. Darek wpadł na pomysł aby na wszelkie oferty oprowadzania po mieście odpowiadać, że my tu już jesteśmy od tygodnia. Działało.

Do Vieux Fort jedzie się jakieś półtorej godziny jazdy lokalnym busem. To dopiero była jazda! Następnym razem zajmuję miejsce tak, żeby nie widzieć drogi. Nie będę się tak denerwować. Korzystamy tu cały czas z lokalnych busów. Są tanie i kursują bardzo często. Wchodzi w nie jakieś 15 osób. Bardzo dobrze się sprawdzają jako komunikacja miejska. Poznaliśmy tam Patricka aka Powella, 68-letniego rasta. Oprowadził nas wpierw po mieście. Zaprosił na święta ze swoją rodziną. Święta na plaży. Poznaliśmy jego najmłodszego syna, obejrzeliśmy jego łódź. A potem zaciągnął nas do swojego domu, gdzie poznaliśmy jego żoną, która pochodzi z Holandii. Poznaliśmy również jego psy, koty i dwie świnie, które zostaną zabite na święta. Facet spędził 23 lata w Europie z czego 9 lat w armii Jej Królewskiej Mości. Przez wiele lat stacjonował w Niemczech. Sporo czasu spędził też w Danii, Szwecji oraz Holandii, gdzie poznał swoją drugą żonę. Mówi w pięciu językach. Próbował również zorganizować dla nas nocleg w domu swojego brata ale tamten był niezbyt chętny. Może to i lepiej. To by oznaczało kolejną przeprowadzkę i to jeszcze mieszkanie kątem u kogoś.

Nasze przeprowadzki

Podczas pobytu na St. Luci przeprowadzaliśmy trzy razy. Wpierw z jachtu do Gros Islet (czyt. grozele), potem po 5 dniach do apartamentu u Angeli. Złota kobieta. Służymy namiarami na jej apartamenty. Pokoiki w bardzo fajnym stanie, w dobrej cenie w spokojnym miejscu. To tam podglądałam jak kura wysiaduje jajka tuż obok naszego tarasu 🙂 A trzeci raz to już na Volvo 60 w celu przedostania się na Antigua. Za każdym razem udało nam się zostawić trochę rzeczy. Choć oczywiście z bólem serca rozstawialiśmy się z latawcem, frisby czy lampką z Ikei 😉

Zapraszamy do obejrzenia zdjęć z wyspy: