SUNsuSEA. Z Ipswich na Kanary.

Od września do grudnia 2009 roku byłem skipperem na jachcie Sunsusea (Oyster 46) . Poniższy tekst jest zlepkiem trzech różnych wpisów z tamtego okresu.

We wrześniu dopiąłem worek, wrzuciłem go do auta i pojechałem do Ipswich do stoczni Oyster. Miałem tam razem z właścicielami przejąć ich nowy jacht i przez Wyspy Normandzkie, Kanaryjskie dopłynąć na Karaiby. Z Las Palmas do Saint Lucii startujemy w regatach ARC. W połowie grudnia powinniśmy być już na Karaibach, gdzie spędzamy „naszą” zimę, a tamtejszy sezon … a później to zobaczymy 🙂

Naszym jachtem i domem na najbliższy czas będzie nowiutki, dobrze wyposażony i super dzielny jacht ze stoczni Oyster o długości 46 stóp (14 metrów). Nazywa się SUNsuSEA (od francuskiego sans souci = bez zmartwień).

Samo przejęcie jachtu przebiegło dość sprawnie, co nie znaczy, że szybko. Trzeba było zajrzeć w każdy kąt. Najpierw dwa dni sprawdzania czy i jak wszystko działa (od silnika i żagli, przez pompy wody i przetwornice napięcia i tym podobne rzeczy), później dwa dni ształowania rzeczy w przedziwnych zakątkach (jedzenie, narzędzia, części zapasowe, rzeczy prywatne, silnik zaburtowy, ponton i pół tony innego sprzętu)  i na koniec dwa dni na instalowanie jeszcze paru rzeczy oraz ostateczne testy…. ale w pewnym momencie dało się wreszcie popłynąć. Z Ipswich do wysp Normandzkich poszło szybko i gładko. Mało wiało i tyle. Pierwszy przystanek w Guernsey, które przy odpływie wygląda jak na zdjęciu poniżej.

Guersney

Poprawiamy różne detale, dokupujemy jedzenie i obserwujemy pogodę, bo zapowiadają sztorm… Podjąłem decyzję, że i tak wyjdziemy, Choćby do Brestu we Francji się udało dopłynąć to i tak o 140 mil mniej (co prawda z prawie 1400 ale co tam 😉 ). Damy radę przecież każdego dnia będzie tylko cieplej, zabieramy jeszcze jedną osobę i prawie w drogę …

Prawie, bo po południu był mały wypadek… nasz sąsiad postanowił wyjść z portu tak jak do niego wszedł, niestety nie sprawdził „ile ma wody” w porcie i o mało co, a by się nie przewrócił. A o co chodzi dokładnie to proszę sobie obejrzeć poniżej:

Wyszliśmy prawie zgodnie z planem. Nie wiało jakoś za bardzo, ale już dzień później Atlantyk powitał nas mało gościnnie… ostrzeżenie o silnym sztormie zmusiło nas do stanięcia w Brescie i to jak się okazało na w sumie sześć dni. Ciśnienie spadło, spadało i spadło z 1030 do 990 hPa w prawie dwa dni (popatrzcie na zdjęcie z barometru)

barometr

Z racji tego, ze miasto podczas drugiej wojny światowej zostało właściwie zrównane z ziemią to mało jest tu do oglądania. Poniższe zdjęcia są podejścia do Brestu 🙂

Żeby się nie zanudzić to w przerwach organizowaliśmy sobie spacery w dowolną stronę, a ja dodatkowo zająłem się oglądaniem prognozy pogody, bladym świtem tj.koło 0930 i wczesnym popołudniem czyli koło 1800. Resztę dnia spędzaliśmy na ‚normalnych’ zajęciach… sprzątanie, gotowanie, rozmowy o życiu i śmierci oraz chowanie się przed deszczem.

Tak przy okazji to te ‚normalne’ zajęcia w morzu są troszke inne. Najprościej można to ująć tak, że jest wachta albo jej nie ma 🙂 Jak jej nie mam to się najcześciej ma się czas wolny, chyba, że wymyślę jakiś zwrot, zmianę żagli, albo jakieś inne zajęcie. Jak jest to pilnuje się, żebyśmy w nic nie wpłynąć i żeby nic nie wpadło na nas. Trzeba pilnować kursu, którym się płynie i skąd (oraz jak mocno) wieje wiatr. A poza tym czy nic się nie chce urwać, spać itp… Osobną sprawą na jachcie jest jedzenie. Każdy posiłek to właściwie bradzo ważne wydarzenie 🙂

Ale od początku. Każdego dnia gotuje kto inny, posiłki są trzy dzienie o w miarę określonych porach. Reszta zależy od umiejętności kulinarnych osoby gotującej, stanu morza, fantazji osoby robiącej zakupy przed wyjściem w morze i … tego co się na winie pod rękę w trakcie już gotowania. Można więc dostać w skrajnym przypadku „gorący kubek” Knorra albo wymyślne danie rodem z najlepszej restauracji. Nieustająco trwa więc konkurs o „złotą patelnię rejsu”, mieliśmy już więc i schabowe (pycha :), ale było też pesto (z tych prostszych), smażone udka kurczaka i ryż z sosem słodko kwaśnym czy placki ziemniaczane.

Wracając do pływania… to jak już udało się wyjść z Brestu na te ‚straszne’ Biskaje (płynąłem po raz kolejny i jakoś są tak słabo straszne, więc w większości przypadków opowieści są pewnie mocno przesadzone) to zaraz dopadły nas delfiny i towarzyszył nam przez jakiś czas i tak właściwie, aż do wybrzeży Hiszpanii. Największe stado jakie się koło nas kręciło miało z 15 może więcej osobników… uczta dla oka 🙂

Po minięciu równie ‚strasznego’ Cabo Finisterre płynęliśmy dalej na południe, tyle że co raz bardziej pod wiatr (do tej pory udawało nam się pływać nie halsując). Najlepszym wskaźnikiem tego, że płynęliśmy na południe była rosnąca temperatura powietrza i wody. Z 13 stopni w Ipswich, koło Cabo Finisterre mieliśmy prawie 20, a w Lizbonie to nawet 28 C i to 30 października!

W Lizbonie załoga zmniejszyła nam się o jedną osobę i po krótkiej przerwie na dorsza lokalnie zwanego bacalhau i kawę ruszyliśmy dalej.

Do wysp kanaryjskich mamy 740 mil (około km). Ech… jak ja lubię jak wychodzę na Ocean i mam przed sobą parę set lub tysięcy mil wody… Żadnych telefonów, telewizji, maili … jest bosko 🙂 Żeby nie było problemów nie ubywa, tylko zmieniają się na bardziej przyziemne (a może przywodne? 😉 ) np.: czy starczy na słodkiej wody czy nie, czy akumulator wytrzyma do rana czy może go doładować wieczorem, gdzie to ja położyłem ten serek co mu się kończy data przydatności jutro i gdzie są te pomarańcze które zaraz same wyjdą… a może najpierw popłynąć w lewo a później w prawo i co mi to da Itp itd…

Więc płyniemy, jeden dzień, drugi, trzeci, czwarty i piąty… Robimy od 140 do 160 mil na dobę, to dość dobry wynik. Temperatura wody w oceanie wzrosłą do 27,2 C, a zaczynaliśmy od skromnych 13 C na kanale angielskim, pożegnaliśmy więc sztormiaki, grube polary, długie spodnie i kalosze. Królują sandałki, T-shirty i krótkie spodenki… będzie już tylko cieplej 🙂

Po pięciu dniach i paru godzinach  dopłynęliśmy do Las Palmas,  teraz czas na chwilę odpoczynku, naprawieniu i poprawieniu paru problemów technicznych, zakupie i ułożeniu jedzenia i różnych rzeczy przydatnych do przepłynięcia oceanu … a póki co to idę się wykąpać w oceanie skoro jest dwa razy cieplejszy niż Bałtyk w sierpniu 🙂 O Las Palmas następnym razem.