Grenlandia

Jak było? Jednym słowem: „Cudownie”.  A w dłuższej formie? „Cudownie i zimno”. Zimno na tyle, że mi to przeszkadzało, a zimno zazwyczaj mi nie przeszkadza.

Zacznę jednak od początku czyli od Kopenhagi (bo to jedno z dwóch europejskich miast z których można się dostać na wyspę). Lotnisko jak lotnisko, samolot jak samolot, ale tłumek Innuitów robi wrażenie.  Lecieli często całymi rodzinami  z bagażem wielkości jak dla trzech rodzin, a i 60 calowa plazma nie była czymś nadzwyczajnym. Tutaj od razu mała uwaga. Nie nazywamy mieszkańców tej wyspy Eskimosami tylko Innuitami. To pierwsze określenie jest ponoć obraźliwe dla rdzennych Grenlandczyków.

Do Nuuk leciałem z przesiadką w Kangerlussuaq. Samo Kangerlussuaq poza lotniskiem właściwie nic nie oferuje (to z resztą stara baza wojsk USA) na szczęście miałem nie dużo czasu na przesiadkę więc się nie nudziłem za bardzo.  To co jest inne niż ‚normalnie’ to brak jakiejkolwiek kontroli przed drugą częścią lotu (chociaż słyszałem, że poprzednią ekipę ważyli z bagażem podręcznym). Inna niespodzianka czekała już w samolocie. Wiadomo przyzwyczajeni jesteśmy, że samolot pasażerski służy do wożenia pasażerów, a palety z towarami latają inaczej. A tutaj małe zaskoczenie… pierwszych siedem rzędów jest wyjętych i w to miejsce stoi kilka palet z kartonami przykrytymi siatką.

Nuuk – stolica Grenlandii i nasz port początkowy. Jest  zimno, a w nocy to nawet bardzo. Miasteczko malutkie i momentami brzydkie. Cóż nie będzie szkoda wychodzić w morze.  To wyjście nie okazało się aż tak proste i szybkie jak miało być, ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. Wodę więc trzeba było przynieść w kanistrach z pobliskiego hydrantu przeciwpożarowego, prysznic w lokalnym Domu Marynarza, a najbliższą toaletę zamykają o tej samej godzinie co restaurację piętro wyżej, a do tego w komplecie jeszcze przedłużający się postój z powodu odziedziczonego krzywionego mocowania bomu.  I pewnie by dał radę do Irlandii dopłynąć przy odrobinie szczęścia, ale najzwyczajniej w świecie  nie miałem ochoty na sprawdzenie czy dalej ma szczęście czy tym razem jednak pech mnie dosięgnie 🙂 Tak czy siak dwa dni postoju murowane.

Wreszcie wyszliśmy i … nie wieje, gór lodowych też nie ma więc mamy moto-wczasy. W nocy temperatura powietrza zrównała się z temperaturą wody i termometr pokazywał  około +2 stopni.  Jak na środek sierpnia to mało  oszałamiający wynik.  Dobrze, że przynajmniej nie pada.

Drugiego dnia pojawia się pierwsza góra lodowa. Z racji tego, że kredyt szczęścia powiększył się o naprawienie mocowania to postanawiam podpłynąć na tyle blisko na ile się da.  Podpłynęliśmy na jakieś 2-3 metry… ładna i  budzi respekt. Chwila na zrobienie zdjęć i płyniemy dalej. A dalej następna góra i następna… i następna.

Którejś nocy (chyba trzeciej albo czwartej) postanowiłem się chwile zdrzemnąć. Pogoda jak drut.  Nie wieje, nie ma chmur i na radarze nie widać gór lodowych. Wachta rozsądna (Radziu to o Tobie 🙂 ) to się zdrzemnę.  Spałem może z godzinę jak usłyszałem coś jak to: „jest słabo, budź go”. Wstaje, wychodzę na pokład i … nic nie widzę. Taka jest mgła : ) Ledwo dziób widać, ale co tam mamy radar. Tylko on jakiś taki pełen żółtych plamek, większych i mniejszych, bliższych i dalszych…  tia… a miało być tak pięknie a wpakowaliśmy się w pole lodowe. Wiadomo damy radę, więc powoli omijamy górę za górą tyle, że one się robią coraz mniejsze i w pewnym momencie w zasadzie to już żadna góra tylko kawałek pływającego lodu…  Wyszliśmy na otwartą wodę, mgła też sobie poszła, a my kontynuujemy nasze moto-wczasy.

Na Grenlandii jest tak, że albo nie wieje, albo wieje, że przysłowiowy łeb urywa. U nas więc jest nie inaczej. Przychodzi nad ranem ostrzeżenie o silnym wietrze i o sztormie, a które po 12 godzinach później jest już tylko  ostrzeżeniem o sztormie. Jesteśmy w okolicy Cape Desolation i wygląda mi na to, że jak dorzucę obrotów to przed sztormem zdążę się schować w takie wąskie małe przejście, o którym w locji jest napisane, że można tam zawsze spotkać górę lodową, która zagrodzi przejście. Do tego grenlandzkie mapy, czytaj „stare i mało dokładne”. Ale cóż lubię takie małe i wąskie przejścia, a uniknięcie paro- bądź paronastogodzinnego sztormowania przekonuje mnie do jedynej słusznej decyzji.  Parę godzin później przy już tężejącym wietrze wchodzimy w przejście może o szerokości 100 – 150 metrów. Do końca dnia jest tylko weselej. Albo jest do wykonania slalom między górami albo leży sobie taki kawał lodu akurat w najwęższym miejscu przejścia. Późnym wieczorem dopływamy na ostatnią prostą do Qaqortoq, jeszcze tylko dwie godziny pod wiatr o sile 7B, karkołomne podejście do kei i … stoimy.

Qaqortoq –  największe (3200 mieszkańców) miasto w południowej części Grenlandii. Mnóstwo małych kolorowych domków, parę sklepów, fontanna, dwa bary i ratujący resztki naszej higieny Dom Marynarza. Rzekłbym, że nawet ładniej niż w Nuuk. Krótka przerwa na odpoczynek, zwiedzanie miasteczka i okolicy i płyniemy dalej. Ponieważ doszedłem do wniosku, że środek morza jest taki sam tu, tam i tam (zamiast ‚tam’ proszę sobie wstawić dowolną nazwę morza na świecie) to postanowiłem do samego końca (Grenlandii nie rejsu) jechać kanałami. Następny przystanek to gorące źródełka na wyspie  Uunartoq.

No i prawie się udało. Prawie, bo po pierwsze robiło się już ciemno, a po drugie dojrzałem na maleńką osadę, a tam  maleńki pomost. Z daleka wygląda, że się zmieścimy. Z bliska też, ale okazuje się, że jest płytko, bardzo płytko i w końcu za płytko, żeby do niego stanąć. Z pomocą przychodzi nam mieszkaniec wioski i pokazuje, że mamy podejść od drugiej strony wyspy. Fakt, z drugiej strony miejsce dla dwóch statków. Przycupnęliśmy sobie na końcu i do rana postoimy. Z Ziemkiem idziemy na zwiad, stacji kolejowej nie spotkamy, ale może uda nam się gdzieś znaleźć nazwę tej miejscowości. Po drodze spotykamy Inuitów łamanym norwesko – duńskim mówimy skąd jesteśmy i tutaj niespodzianka… Jeden z naszych rozmówców wyciąga aparat fotograficzny i robi nam zdjęcie. Jesteśmy lokalną atrakcją 🙂 Po drobnym spacerze okazuje się, że stanęliśmy w miejscu o nazwie Sydprøven. Rankiem płyniemy tam gdzie mieliśmy być wczoraj.

Uunartoq – mała nie zamieszkana wyspa z ciepłymi źródłami. Jak na Grenlandię ludzi sporo, nie licząc nas jakieś 6-9 osób. Główna i jedyna atrakcja to wspomniane ciepłe (czy jak kto woli gorące źródła), a ludzie w strojach kąpielowych zanurzeni po szyję w wodzie z  górami lodowymi w tle warte zobaczenia. Kilka godzin postoju i płyniemy dalej. Czas nas zaczyna poganiać, a mamy jeszcze do przeorania Atlantyk.

Nanortalik – małe miasteczko, którego nazwa oznacza tyle co „miejsce gdzie zmierzają niedźwiedzie polarne”.  Dla Nas to ostatni port na Grenlandii. Dolewamy paliwa, wody, robimy zakupy, sprzedajemy w informacji turystycznej strzelbę (serio 🙂 ) i rano płyniemy dalej. Szkoda, bo fajnie na tej tej Zielonej Wyspie. Dobrze bo i tak udało nam się zobaczyć więcej niż planowałem. Znów mam szczęście, ale przydałoby się jeszcze na przejście Atlantyku. Sprawa zasadniczo jest prosta. Wychodzimy z Nanortalik do Cape Farvell płyniemy bardziej na południe niż na wschód, a później wyrysuję ortodromę i popłyniemy po niej jak po sznurku do Galway… Tyle teorii. W praktyce było tak:

Wyszliśmy z Nanortalik i goniliśmy niż i resztkę wiatru przez ponad dobę, za nami ani grama niżu tylko wyż jak koło Azorów. Zalecane więc dziesiątki mil koło Cape Desolation redukuję do … 14 może 15. Opłacało się, dopadliśmy końcówkę niżu i przez dwie doby mamy wiatr. Ortodroma ortodromą, a życie życiem więc płyniemy trochę po niej a trochę prosto na port. Gdzieś mniej więcej w połowie drogi ktoś zabrał wiatr i żadna prognoza pogody nie dawała nam szans na cokolwiek na czym dałoby się żeglować.  Ze 300 mil przed brzegiem Irlandii wiem, że raczej nie starczy nam paliwa, co gorsze kończą się i inne rzeczy.  Przez moment brakowało nam, albo prawie brakowało nam wody, paliwa, gazu, wiatru i co tam jeszcze sobie można wymyślić, ale daliśmy radę. Drobna burza mózgów i jest pomysł. Płyńmy na silniku jak długo się da, a później zobaczymy 🙂 I zobaczyliśmy. Jak dziesiątego dnia chłopaki wrócili na jacht z 60 litrami ropy po euro i parę centów za litr. Szybkie tankowanie i jeszcze kawałek i jesteśmy w Galway.

Dla większości pierwsze (a dla mnie i Krzyśka już drugie) przejście Atlantyku za nami. Jutro przyjeżdżają następni. A nam zostaje oglądanie zdjęć i lodu. Tyle, że w szklance.

 

Jedna odpowiedź do “Grenlandia”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *