Nord Norge zimą

Nawet tutaj mamy już wiosnę, wczesną bo wczesną, ale zawsze. Najwyższa pora napisać parę słów, jako tej zimy było…

Zaczęła się ona na samym początku października (coś koło 6-8), bo spadła najpierw temperatura i chwilę później śnieg, ten ostatni w ilościach hurtowych.  Z resztą przez całą zimę śnieg zazwyczaj sypał się przez pełne dwa dni (albo i dzień dłużej). Nie było,dotyczy to też następnych opadów śniegu, ruchomego święta „Zaskoczonego Drogowca”, ani paraliżu komunikacyjnego. Ot po prostu znów spadł ten biały syf* z nieba, poczta dotarła więc na czas, w sklepie niczego nie zabrakło, szkoły i urzędy działały normalnie. Kierowcy jeździli jakby się nic nie stało, a nie jakby wczoraj skończyli kurs prawa jazdy dla przyszłych mistrzów świata WRC. Był normalny zwykły dzień bez katastroficznych informacji typu „Armageddon w Kielcach, spadło 2 centymetry śniegu”. Jedynie łosie i renifery mogły być trochę mniej szczęśliwe, bo trzeba się będzie bardziej postarać o jedzenie, ale radzą sobie tutaj od paruset lat więc i tym razem dadzą radę. Ludzie jak to ludzie, też się przystosowali. Założyli grube wełniane skarpety, zimowe kurtki i czapy, nie robiąc przy tym rewii mody.

Jak się mieszka zimą na tej „dalekiej północy”. Piszę specjalnie w cudzysłowie, bo ludzie tu na miejscu nie robią z tego jakiejś afery, otóż:

  • Przede wszystkim powoli. W Norwegii w ogóle wszystko dzieje się powoli, w zimie to „zabójcze” tempo spada jeszcze bardziej. Ułożyłem nawet powiedzenie, że hiszpańska manana to w Norwegii ekspres.
  • Część samochodów ma podgrzewanie silnika i wnętrza. Z zewnątrz wystaje tylko gniazdko i kabel, którym samochód podłączony jest do prądu jakby się Melex ładował :). A pod maską, pracuje sobie grzałka która ogrzewa silnik i farelka, która wdmuchuje do kabiny ciepłe powietrze. To całkiem miłe, jak jest -15 stopni na zewnątrz i wsiada się do samochodu, a tu ciepło i co ważniejsze nie trzeba skrobać szyb.
  • Samochody mają opony z kolcami. Ludzie sami zakładają, Bez proszenia, naganiania czy karania. Nie masz kolców to daleko nie dojedziesz. A dlaczego to poniżej.
  • Nikt nie próbuje, bez sensu z resztą, udowodnić, że da się w zimie mieć czarne drogi. Drogi są białe i już, przejeżdża pług i zbiera tyle, żeby nie było miękkiego śniegu. Reszta zostaje, chyba że samochody rozjeżdżą, ale to inna historia.
  • Skoro samochody mają kolce to i ludzie też (popatrzcie na zdjęcie na końcu wpisu). Bardzo przydatne, szczególnie że nie sypie się tutaj solą, tylko takim piacho – żwirkiem i to nie zawsze i nie wszędzie.
  • Do poruszania się na krótszych dystansach, są swego rodzaju sanki tyle, że z długimi płozami lub narty biegówki. Dla leniwych zawsze zostaje samochód.
  • Część chodników jest podgrzewana (szczególnie w Tromsø).

Wracając do zimy to minął październik i prawie cały listopad, aż 27 listopada, ktoś ukradł Słońce, no nie pokazało się…. zaczęła się noc polarna. Tutaj noc polarna i zorze polarne są jakby w standardzie. O zorzach już napisałem, pora na noc polarną.

Po pierwsze nie jest tak, że przez całą dobę jest czarna noc. W ekstremalnym przypadku, czyli koniec grudnia i początek stycznia rozjaśnia się (tak jak by miało właśnie świtać albo przed chwilą zaszłoby Słońce) koło 0930 i ciemno ponownie jest koło 1230 – 1300. Ciemność rozrzedzały jeszcze dwie rzeczy. Biały w większości nieruszony śnieg i Księżyc, który odbijał się od śniegu (oczywiście pod warunkiem, że nie było za dużo chmur). Udało nam się pod koniec grudnia zobaczyć jak księżyc w pełni zrobił rundę po niebie. Po prostu nie zaszedł, a o 1200 był prawie w miejscu Słońca. Czad…

Pod koniec stycznia oddali nam Słońce. Ludzie stawali patrzyli się na nie, robili sobie z nim zdjęcia… swoją drogą cudowne uczucie poczuć po dwóch miesiącach Słońce na twarzy 🙂

Okazało się natomiast, że brak Słońca jest na dłuższą metę męczący … przynajmniej dla nas. Nic nam się kompletnie nie chciało, zakupy w sklepie awansowały do rangi wydarzenia… po prostu marazm i rozpacz….  Od razu zdementuję różne opowieści i  nie słyszałem tutaj o jakiejś serii samobójstw „bo nie ma słońca”.

Temperatura się nie popisała i nie spadła nam poniżej -20 (i zazwyczaj tutaj tak jest, nie ma mrozów po -30 czy -40 stopni). Najczęściej mieliśmy pomiędzy -9 a -14. Różnica do Polski jest taka, że mróz trzymał trzy tygodnie, dwa do trzech dni przerwy i znów trzy tygodnie mrozu. Ale jak to mówią Norwedzy, nie ma złej pogody, tylko masz złe ubranie 😉

Od chwili jak pokazało się Słońce było już co raz lepiej… choć muszę przyznać, że jak znów zaczynał padać śnieg to zastanawiałem się  czy on zdąży stopnieć do czerwca. Dożyliśmy do końca marca i wtedy to śnieg był już w odwrocie, ostatni raz sypnęło jeszcze w połowie kwietnia, po tygodniu takiej fajnej wiosennej pogody, ale to były ostatnie podrygi tej zimy… następna w październiku. Tak czy siak daliśmy radę, pierwsza zima za kołem polarnym za nami!

* – dowcip o Bieszczadach tym razem na koniec. Długi, ale oddający sens zimy w takich miejscach. Nie moderowany, z wulgaryzmami, ale czasem też tak mieliśmy…

„2 sierpnia. Przeprowadziliśmy się do naszego nowego domu w Bieszczadach. Jak tu pięknie. Drzewa wokół wyglądają tak majestatycznie. Wprost nie mogę się doczekać, kiedy pokryją się śniegiem.

4 października. Bieszczady są najpiękniejszym miejscem na ziemi !!! Wszystkie liście zmieniły kolory na tonacje pomarańczowe i czerwone. Pojechałem na przejażdżkę po okolicy i zobaczyłem kilka jeleni. Jakie wspaniałe i okazałe, Jestem pewien, że to najpiękniejsze zwierzęta na świecie. Tutaj jest jak w raju. Jak mi się tu podoba.

11 listopada. Ostatniej nocy wreszcie spadł śnieg. Obudziłem się, a za oknem wszystko było przykryte białą, cudowną kołderką. Wspaniały widok. Jak z pocztówki bożonarodzeniowej. Wyszliśmy całą rodziną na zewnątrz. Odgarnęliśmy śnieg ze schodów i odśnieżyliśmy drogę dojazdową do naszego pięknego domku.Później zrobiliśmy sobie świetną zabawę – bitwę śnieżną (oczywiście ja wygrałem). Wtedy nadjechał pług śnieżny i zasypał to co wcześniej odśnieżyliśmy, więc znowu musieliśmy odśnieżyć drogę dojazdową. Super sport. Kocham Bieszczady.

12 grudnia. Zeszłej nocy znowu spadł śnieg. Odśnieżyłem drogę, a pług śnieżny znowu powtórzył dowcip z zasypaniem drogi dojazdowej. Po porostu kocham to miejsce.

19 grudnia. Kolejny śnieg spadł zeszłej nocy. Ze względu na nieprzejezdną drogę dojazdową nie mogłem pojechać do pracy. Jestem kompletnie wykończony ciągłym ośnieżaniem. Na dodatek bez przerwy jeździ pług.

22 grudnia. Zeszłej nocy napadało jeszcze więcej tych białych gówien. Całe łapy mam w pęcherzach od łopaty. Jestem pewien, że pług śnieżny czeka już za rogiem, żeby wyjechać jak tylko skończę odśnieżać drogę dojazdową.

25 grudnia. Wesołych, Pierdolonych Świąt !!! Jeszcze więcej napadało tego białego, gównianego śniegu. Jak kiedyś wpadnie mi w ręce ten skurwiel od pługu śnieżnego przysięgam – zabiję. Nie rozumiem, dlaczego nie posypują drogi solą jak w mieście, żeby rozpuściła to zmarznięte, śliskie gówno.

27 grudnia. Znowu to białe gówno spadło w nocy. Przez trzy dni nie wytknąłem nosa z domu, oczywiście z wyjątkiem odśnieżania tej jebanej drogi dojazdowej za każdym razem kiedy przejechał pług. Nigdzie nie mogę dojechać. Samochód jest pogrzebany pod wielką górą białego gówna. Na dodatek meteorolog w telewizji zapowiedział dwadzieścia pięć centymetrów dalszych opadów tej nocy. Możecie sobie wyobrazić ile to jest łopat pełnych śniegu.

28 grudnia. Zasrany meteorolog się pomylił !!! Napadało osiemdziesiąt pięć centymetrów tego białego gówna. Ja pierdole – teraz to nie stopnieje nawet do lipca.Pług śnieżny na szczęście ugrzązł w zaspie, a ten chuj przylazł do mnie pożyczyć łopaty. Myślałem że go od razu zabiję, ale najpierw mu powiedziałem, że już sześć łopat połamałem przy odśnieżaniu, a siódmą i ostatnią rozpierdoliłem o jego zakuty łeb.

4 stycznia.Wreszcie jakoś wydostałem się z domu. Pojechałem do sklepu kupić coś do jedzenia i picia. Kiedy wracałem, pod samochód wskoczył mi jeleń. Ten pojebany zwierz z rogami – narobił mi szkód na dziesięć tysięcy. Przez chwilę przebiegło mi przez myśl, że jest on chyba w zmowie z tym chujem od pługu śnieżnego. Powinni powystrzelać te pieprzone jelenie. Że też myśliwi nie rozwalili wszystkich w sezonie.

3 maja. Dopiero dzisiaj mogłem zawieźć samochód do warsztatu w mieście. Nie uwierzycie jak zardzewiał od tej jebanej soli, którą jednak sypali drogę. Na podjeździe stał zaparkowany, umyty i błyszczący pług śnieżny z nowym kierowcą. Tamten podobno jeszcze leczy rozjebany łeb. Na szczęście od uderzenia stracił pamięć, bo jeszcze poszedłbym za chuja siedzieć.

18 maja. Sprzedałem tą zgniłą ruderę w Bieszczadach jakiemuś wypacykowanemu inteligentowi z miasta. Powiedział, że całe życie o tym marzył i zbierał kasę, aby na emeryturze odpocząć. A to się głupi chuj zdziwi jak przyjdzie zima i ten drugi chuj wyjdzie ze szpitala. Ja przeprowadziłem się z powrotem do mojego ukochanego i urokliwego miasta. Nie mogę sobie wyobrazić jak ktoś mający chociaż troszeczkę rozumu i zdrowego rozsądku może mieszkać na jakimś zasypanym i zmarzniętym zadupiu w Bieszczadach…”

 I już na koniec zdjęcia….

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *