Wyspy Liparyjskie

Są takie miejsca w Europie, gdzie bez jachtu ani rusz. Szczególnie jak są to miejsca wybitnie ładne. A takie są Wyspy Liparyjskie. Jest ich siedemaście, wszystkie są pochodzenia wulkanicznego. Te większe stanowią świetne punkty do zwiedzania i żeglowania w porze dziennej pomiędzy nimi. Na tygodniowy rejs jak znalazł, każda wyspa ma trochę inny klimat i co innego do zaoferowania… Poniższe zdjęcia zostały zrobione na trasie: Vulcano – Lipari – Alicudi – Salina – Panarea – Stromboli – Lipari – Vulcano.

Twierdza Modlin

Jeżdżę sobie co jakiś czas po okolicy i odkrywam (najczęściej ponownie) różne fajne miejsca na Mazowszu. Oto jedno z nich:

Twierdza Modlin – z tego co wiem jest największa w Polsce i jedna z większych w Europie. Gdyby nie to, że duża część jest zamknięta lub zrujnowana to byłoby świetne miejsce na dłuższe wypady. O historii twierdzy można przeczytać sobie na Wikipedii

Svalbard

Spitsbergen lub jak kto woli Svalbard to archipelag wysp na dalekiej północy, na który zawsze chciałem się wybrać. Zupełnie z niewiadomych mi przyczyn wyspy te zawsze pobudzały moją wyobraźnię. Na przełomie lipca i sierpnia 2013 roku miałem okazję, żeby się tam wybrać. Prowadziłem jeden z odcinków wyprawy na jachcie Isfuglen.

Zacząć i skończyć mieliśmy w Longyerbyen. Pomysł na rejs był prosty, popłynąć wzdłuż wybrzeża stając tam gdzie się da i oglądając co się da. Przy sprzyjającej pogodzie chciałem opłynąć Spitsbergen przez cieśninę Hinlopen oraz dotrzeć za 81 równoleżnik. Załogę skompletowałem dość sprawnie. Znaczna jej część to recydywiści :), którym było mało po rejsie na Grenlandię.

Longyearbyen powitało nas pochmurną pogodą, całe szczęście, że nie przylecieliśmy żeby się opalać… Mieliśmy za to sporo pracy. Trzeba było pożyczyć broń, załatwić pozwolenie na opuszczenie strefy 0 (czyli Longyearbyen), przejąć jacht i przygotować go do drogi, dokupić jedzenia, zrobić zapas paliwa i …. w drogę.

Po wyjściu z Isfjorden (fjord nad którym leży Longyearbyen) skierowaliśmy się na północ do Ny Alesundu, ale ponieważ prognoza była dobra to zdecydowałem, że zamiast dookoła morze popłyniemy przez miejscowo płytką Forlandsundet. Widoki zapierały nam dech w piersiach, a to dopiero początek. Do Ny Alesund w efekcie nie weszliśmy, zostawiliśmy sobie to na następny raz. Pierwszy postój zrobiliśmy sobie w Magdalenefjorden nie daleko schodzącego do morza lodowca. To dopiero był widok….

Po krótkim postoju i spacerze po okolicy ruszyliśmy dalej do starej bazy w Virgohamna. To mniej więcej tam wymyśliłem, żeby popłynąć do Jotunkieldane w Woodfjorden. W locji znalazłem coś o gorących źródłach w okolicy. Na miejscu źródeł nie znaleźliśmy przynajmniej nie gorących.

Po opuszczeniu Woodfjorden następny postój był koło Moffen. Piszę koło, bo Moffen to rezerwat morsów i schodzić nie wolno. Jak dopłynęliśmy to morsów oczywiście nie było więc postanowiliśmy poczekać. Rzuciliśmy więc kotwicę i czekamy… Morsów się nie doczekaliśmy, ale za to mieliśmy sytuacja odrobinę abstrakcyjną 🙂 Otóż staliśmy sobie na kotwicy koło wyspy jak nie przymierzając w Chorwacji tyle, że prawie na biegunie północnym… wrażenie ciekawe.

Płyniemy dalej. Prognozy są dobre, a nawet bardzo dobre. Najpierw wyspy  Sjuøjane, to takie wyspy ok. 80 mil na północny-wschód, które ciężko znaleźć na mapie 😉 a później spróbujemy dotrzeć do 81 równoleżnika…

Sjuoyane

Idzie nam dobrze, mapa elektroniczna się właściwie skończyła. Papierowa którą mamy jest w takiej skali, że jest mało przydatna. Przez chwilę, pozycję zaznaczałem korzystając z Painta…

svalbard_no_map
koniec mapy

Kotwicę rzuciliśmy koło wyspy Phippsoya. Pierwsza grupa zeszła na ląd i dość szybko wróciła… świeże ślady misia na piaszczystej plaży nie zachęciły ich do dalszego zwiedzania.

Ślad misia wygląda tak...
Ślad misia wygląda tak…

Staliśmy na mniej więcej 80 stopniu i 41 minucie szerokości północnej. Do 81 równoleżnika zostało więc mało. Mało co nie znaczy prosto 🙂 Do pewnego momentu szło nam nawet dobrze i łatwo, a potem zaczął się lód… z salingu Krzysiek krzyczał więc w lewo, w prawo, w lewo, w prawo…. dalej się nie da! Ale 81 stopień zdobyty, do bieguna zostało mniej niż 1000 km!

Svalbard / Spitsbergen
81 N

Czas na południe, Hinlopen czeka. W tym roku lodu tam ponoć nie ma. Czy tak jest w praktyce to sprawdzimy. Najpierw jeszcze przystanek regeneracyjny w Murchinson Bay… była nawet sauna.

W Hinlopen lodu rzeczywiście nie było. Trafiliśmy za to na misia i to z bliska. Misie dokładnie były dwa, mały i jego matka. Pomimo naszej ostrożności i przejrzenia okolicy przez loretkę znaleźliśmy się około 80 metrów od nich. Biegnąc z powrotem do pontonu pobiliśmy chyba rekord świata na 100 metrów i to kilka razy, niedźwiedzica nawet się nie ruszyła, olała mówiąc wprost namolnych gości, którzy w kaloszach weszli do jej domu…  Zdjęcia dobrego nie mamy, nie udało się ustawić ostrości :p

Miś
Miś

Hinlopen przeszliśmy gładko, Storfjorden też. Zaczęliśmy się trochę spieszyć i już nie stawaliśmy po drodze. Prognoza pogody nie napawała optymizmem. Miało wiać i to bardzo, a na dodatek ze złej strony. Dotarliśmy do Sørkapp (południowy cypel Svalbardu) i tam nam się rozwiało. Warunki nie były jakieś tragiczne, ale zmęczenie dawało już znać, postanowiłem więc stanąć na kilka godzin w dryfie, gdyż później wiatr miał się odkręcić z SW na SE. Jak się okazało było to bardzo dobre rozwiązanie. Wiatr rzeczywiście skręcał, a my ślizgiem opłynęliśmy Sørkapp. Później wystarczyło tylko wyjść z dryfu i popłynąć w stronę Barentsburga.

Okazało się, że mamy jeszcze na tyle dużo czasu, że mogliśmy sobie popłynąć i do Pyramiden, gdzie zjedliśmy chyba najlepszy na świecie barszcz ukraiński, jak i zwiedzić jeszcze Sassenfjord na końcu Isfjordu.

Dla tych co lubią liczby to pokonaliśmy 1031 mil morskich w 196 godzin.

Zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć!

Nord Norge zimą

Nawet tutaj mamy już wiosnę, wczesną bo wczesną, ale zawsze. Najwyższa pora napisać parę słów, jako tej zimy było…

Zaczęła się ona na samym początku października (coś koło 6-8), bo spadła najpierw temperatura i chwilę później śnieg, ten ostatni w ilościach hurtowych.  Z resztą przez całą zimę śnieg zazwyczaj sypał się przez pełne dwa dni (albo i dzień dłużej). Nie było,dotyczy to też następnych opadów śniegu, ruchomego święta “Zaskoczonego Drogowca”, ani paraliżu komunikacyjnego. Ot po prostu znów spadł ten biały syf* z nieba, poczta dotarła więc na czas, w sklepie niczego nie zabrakło, szkoły i urzędy działały normalnie. Kierowcy jeździli jakby się nic nie stało, a nie jakby wczoraj skończyli kurs prawa jazdy dla przyszłych mistrzów świata WRC. Był normalny zwykły dzień bez katastroficznych informacji typu “Armageddon w Kielcach, spadło 2 centymetry śniegu”. Jedynie łosie i renifery mogły być trochę mniej szczęśliwe, bo trzeba się będzie bardziej postarać o jedzenie, ale radzą sobie tutaj od paruset lat więc i tym razem dadzą radę. Ludzie jak to ludzie, też się przystosowali. Założyli grube wełniane skarpety, zimowe kurtki i czapy, nie robiąc przy tym rewii mody.

Jak się mieszka zimą na tej “dalekiej północy”. Piszę specjalnie w cudzysłowie, bo ludzie tu na miejscu nie robią z tego jakiejś afery, otóż:

  • Przede wszystkim powoli. W Norwegii w ogóle wszystko dzieje się powoli, w zimie to “zabójcze” tempo spada jeszcze bardziej. Ułożyłem nawet powiedzenie, że hiszpańska manana to w Norwegii ekspres.
  • Część samochodów ma podgrzewanie silnika i wnętrza. Z zewnątrz wystaje tylko gniazdko i kabel, którym samochód podłączony jest do prądu jakby się Melex ładował :). A pod maską, pracuje sobie grzałka która ogrzewa silnik i farelka, która wdmuchuje do kabiny ciepłe powietrze. To całkiem miłe, jak jest -15 stopni na zewnątrz i wsiada się do samochodu, a tu ciepło i co ważniejsze nie trzeba skrobać szyb.
  • Samochody mają opony z kolcami. Ludzie sami zakładają, Bez proszenia, naganiania czy karania. Nie masz kolców to daleko nie dojedziesz. A dlaczego to poniżej.
  • Nikt nie próbuje, bez sensu z resztą, udowodnić, że da się w zimie mieć czarne drogi. Drogi są białe i już, przejeżdża pług i zbiera tyle, żeby nie było miękkiego śniegu. Reszta zostaje, chyba że samochody rozjeżdżą, ale to inna historia.
  • Skoro samochody mają kolce to i ludzie też (popatrzcie na zdjęcie na końcu wpisu). Bardzo przydatne, szczególnie że nie sypie się tutaj solą, tylko takim piacho – żwirkiem i to nie zawsze i nie wszędzie.
  • Do poruszania się na krótszych dystansach, są swego rodzaju sanki tyle, że z długimi płozami lub narty biegówki. Dla leniwych zawsze zostaje samochód.
  • Część chodników jest podgrzewana (szczególnie w Tromsø).

Wracając do zimy to minął październik i prawie cały listopad, aż 27 listopada, ktoś ukradł Słońce, no nie pokazało się…. zaczęła się noc polarna. Tutaj noc polarna i zorze polarne są jakby w standardzie. O zorzach już napisałem, pora na noc polarną.

Po pierwsze nie jest tak, że przez całą dobę jest czarna noc. W ekstremalnym przypadku, czyli koniec grudnia i początek stycznia rozjaśnia się (tak jak by miało właśnie świtać albo przed chwilą zaszłoby Słońce) koło 0930 i ciemno ponownie jest koło 1230 – 1300. Ciemność rozrzedzały jeszcze dwie rzeczy. Biały w większości nieruszony śnieg i Księżyc, który odbijał się od śniegu (oczywiście pod warunkiem, że nie było za dużo chmur). Udało nam się pod koniec grudnia zobaczyć jak księżyc w pełni zrobił rundę po niebie. Po prostu nie zaszedł, a o 1200 był prawie w miejscu Słońca. Czad…

Pod koniec stycznia oddali nam Słońce. Ludzie stawali patrzyli się na nie, robili sobie z nim zdjęcia… swoją drogą cudowne uczucie poczuć po dwóch miesiącach Słońce na twarzy 🙂

Okazało się natomiast, że brak Słońca jest na dłuższą metę męczący … przynajmniej dla nas. Nic nam się kompletnie nie chciało, zakupy w sklepie awansowały do rangi wydarzenia… po prostu marazm i rozpacz….  Od razu zdementuję różne opowieści i  nie słyszałem tutaj o jakiejś serii samobójstw “bo nie ma słońca”.

Temperatura się nie popisała i nie spadła nam poniżej -20 (i zazwyczaj tutaj tak jest, nie ma mrozów po -30 czy -40 stopni). Najczęściej mieliśmy pomiędzy -9 a -14. Różnica do Polski jest taka, że mróz trzymał trzy tygodnie, dwa do trzech dni przerwy i znów trzy tygodnie mrozu. Ale jak to mówią Norwedzy, nie ma złej pogody, tylko masz złe ubranie 😉

Od chwili jak pokazało się Słońce było już co raz lepiej… choć muszę przyznać, że jak znów zaczynał padać śnieg to zastanawiałem się  czy on zdąży stopnieć do czerwca. Dożyliśmy do końca marca i wtedy to śnieg był już w odwrocie, ostatni raz sypnęło jeszcze w połowie kwietnia, po tygodniu takiej fajnej wiosennej pogody, ale to były ostatnie podrygi tej zimy… następna w październiku. Tak czy siak daliśmy radę, pierwsza zima za kołem polarnym za nami!

* – dowcip o Bieszczadach tym razem na koniec. Długi, ale oddający sens zimy w takich miejscach. Nie moderowany, z wulgaryzmami, ale czasem też tak mieliśmy…

„2 sierpnia. Przeprowadziliśmy się do naszego nowego domu w Bieszczadach. Jak tu pięknie. Drzewa wokół wyglądają tak majestatycznie. Wprost nie mogę się doczekać, kiedy pokryją się śniegiem.

4 października. Bieszczady są najpiękniejszym miejscem na ziemi !!! Wszystkie liście zmieniły kolory na tonacje pomarańczowe i czerwone. Pojechałem na przejażdżkę po okolicy i zobaczyłem kilka jeleni. Jakie wspaniałe i okazałe, Jestem pewien, że to najpiękniejsze zwierzęta na świecie. Tutaj jest jak w raju. Jak mi się tu podoba.

11 listopada. Ostatniej nocy wreszcie spadł śnieg. Obudziłem się, a za oknem wszystko było przykryte białą, cudowną kołderką. Wspaniały widok. Jak z pocztówki bożonarodzeniowej. Wyszliśmy całą rodziną na zewnątrz. Odgarnęliśmy śnieg ze schodów i odśnieżyliśmy drogę dojazdową do naszego pięknego domku.Później zrobiliśmy sobie świetną zabawę – bitwę śnieżną (oczywiście ja wygrałem). Wtedy nadjechał pług śnieżny i zasypał to co wcześniej odśnieżyliśmy, więc znowu musieliśmy odśnieżyć drogę dojazdową. Super sport. Kocham Bieszczady.

12 grudnia. Zeszłej nocy znowu spadł śnieg. Odśnieżyłem drogę, a pług śnieżny znowu powtórzył dowcip z zasypaniem drogi dojazdowej. Po porostu kocham to miejsce.

19 grudnia. Kolejny śnieg spadł zeszłej nocy. Ze względu na nieprzejezdną drogę dojazdową nie mogłem pojechać do pracy. Jestem kompletnie wykończony ciągłym ośnieżaniem. Na dodatek bez przerwy jeździ pług.

22 grudnia. Zeszłej nocy napadało jeszcze więcej tych białych gówien. Całe łapy mam w pęcherzach od łopaty. Jestem pewien, że pług śnieżny czeka już za rogiem, żeby wyjechać jak tylko skończę odśnieżać drogę dojazdową.

25 grudnia. Wesołych, Pierdolonych Świąt !!! Jeszcze więcej napadało tego białego, gównianego śniegu. Jak kiedyś wpadnie mi w ręce ten skurwiel od pługu śnieżnego przysięgam – zabiję. Nie rozumiem, dlaczego nie posypują drogi solą jak w mieście, żeby rozpuściła to zmarznięte, śliskie gówno.

27 grudnia. Znowu to białe gówno spadło w nocy. Przez trzy dni nie wytknąłem nosa z domu, oczywiście z wyjątkiem odśnieżania tej jebanej drogi dojazdowej za każdym razem kiedy przejechał pług. Nigdzie nie mogę dojechać. Samochód jest pogrzebany pod wielką górą białego gówna. Na dodatek meteorolog w telewizji zapowiedział dwadzieścia pięć centymetrów dalszych opadów tej nocy. Możecie sobie wyobrazić ile to jest łopat pełnych śniegu.

28 grudnia. Zasrany meteorolog się pomylił !!! Napadało osiemdziesiąt pięć centymetrów tego białego gówna. Ja pierdole – teraz to nie stopnieje nawet do lipca.Pług śnieżny na szczęście ugrzązł w zaspie, a ten chuj przylazł do mnie pożyczyć łopaty. Myślałem że go od razu zabiję, ale najpierw mu powiedziałem, że już sześć łopat połamałem przy odśnieżaniu, a siódmą i ostatnią rozpierdoliłem o jego zakuty łeb.

4 stycznia. Wreszcie jakoś wydostałem się z domu. Pojechałem do sklepu kupić coś do jedzenia i picia. Kiedy wracałem, pod samochód wskoczył mi jeleń. Ten pojebany zwierz z rogami – narobił mi szkód na dziesięć tysięcy. Przez chwilę przebiegło mi przez myśl, że jest on chyba w zmowie z tym chujem od pługu śnieżnego. Powinni powystrzelać te pieprzone jelenie. Że też myśliwi nie rozwalili wszystkich w sezonie.

3 maja. Dopiero dzisiaj mogłem zawieźć samochód do warsztatu w mieście. Nie uwierzycie jak zardzewiał od tej jebanej soli, którą jednak sypali drogę. Na podjeździe stał zaparkowany, umyty i błyszczący pług śnieżny z nowym kierowcą. Tamten podobno jeszcze leczy rozjebany łeb. Na szczęście od uderzenia stracił pamięć, bo jeszcze poszedłbym za chuja siedzieć.

18 maja. Sprzedałem tą zgniłą ruderę w Bieszczadach jakiemuś wypacykowanemu inteligentowi z miasta. Powiedział, że całe życie o tym marzył i zbierał kasę, aby na emeryturze odpocząć. A to się głupi chuj zdziwi jak przyjdzie zima i ten drugi chuj wyjdzie ze szpitala. Ja przeprowadziłem się z powrotem do mojego ukochanego i urokliwego miasta. Nie mogę sobie wyobrazić jak ktoś mający chociaż troszeczkę rozumu i zdrowego rozsądku może mieszkać na jakimś zasypanym i zmarzniętym zadupiu w Bieszczadach…”

 I już na koniec zdjęcia….

 

Nord Norge – Zorza polarna

21 marca to teoretycznie koniec zimy i początek wiosny…

Teoretycznie i może w Hiszpanii, ale na pewno nie tu na dalekiej północy.  Miałem pomysł, żeby tego dnia zamieścić wpis o zimie za kołem polarnym, ale jak to w Norwegii, będzie później. Póki co zamieszczę zdjęcia zorzy polarnej (zórz ?), które udało mi się mijającej zimy zrobić w mojej okolicy.

Teoria zorzy polarnej wytłumaczona jest tutaj. Dodam, że teoretycznie też, widać ją codziennie. W praktyce często są chmury i teoria poszła….

Natomiast bezsprzecznie, bezapelacyjnie i bez… jak się już ją zobaczy to aż dech zapiera. Można by się na nią patrzeć godzinami, gdyby nie to, że pojawia się na kilkanaście do kilkudziesięciu minut i zazwyczaj było ze 12 stopni mrozu. Tak czy siak jest cudowna i to chyba nagroda za zimę od października do maja 😉

i jeszcze film, którego autorem jest Idar Lettrem, a zrobiony został parędziesiąt metrów powyżej domu w którym mieszkam:

 

 

Seszele

Seszele to archipelag 115 wysp na Oceanie Indyjskim z przepięknymi plażami oraz krystalicznie czystą i ciepłą wodą. Są tacy, którzy nazywają je cudem świata. Trzeba to zobaczyć !

Do pływania z tych 115 wysp zostaje tylko kilkanaście tzw. wewnętrznych, ale na dwa tygodnie to w zupełności wystarcza. Na pozostałe trzeba mieć zgodę lokalnych władz, jacht z odsalarką, bo odległości sięgają do 250 mil morskich oraz na tyle szczęścia, żeby nie trafić na piratów.Pływaliśmy na katamaranie Lagoon 440 o wdzięcznej nazwie “Malick”. Jacht sam w sobie bardzo fajny, załoga jeszcze lepsza 🙂

Wracając do wysp i pływania. Jako, że o Seszele zahacza monsun to wiało nam z jednej strony (najczęściej z N – NE) i niezbyt mocno (max. 4 w skali Beauforta).  Jedyna marina jest właściwie w Victorii na wyspie Mahe. To największa i główna wyspa archipelagu, z jedynym lotniskiem międzynarodowym. Stąd właśnie zaczynaliśmy rejs (i tu go z resztą skończyliśmy).  Druga pół-marina jest na wyspie Praslin. Piszę pół-marina, po tak naprawdę to pomost firmy czarterowej i nie ma, żadnej pewności że będzie wolne miejsce. Pozostaje więc stanie w zatokach na kotwicach. Trzeba tylko pamiętać o pływach i prądach, bo można pomóc sobie i stracić kaucję 😉

Co widzieliśmy i co robiliśmy? W zasadzie wszystko co Seszele oferują. Widzieliśmy najmniejszą chyba stolicę państwa na świecie (czyli Victorię) z jej miniaturką Big Bena, rezerwat przyrody Valle de Mai z jego kokosami w kształcie ….. (tutaj należy wstawić z czym się tam komu kojarzy), wyspy Coco Island i St Pierre, które to występują w chyba każdym folderze turystycznym o Seszelach oraz  ogromne żółwie na wyspie Couriose. Wylegiwaliśmy się na kilku przeuroczych plażach oraz  sprawdziliśmy, że na La Digue jest niewiele samochodów (wyspa jest mała i większość spraw załatwia się na rowerze) i że na tej samej wyspie jest owszem parę wołotaksówek czyli wozów, do których zaprzężony jest wół, ale jest to mocno przereklamowane (ja, jak zwykle uważam, że męczenie zwierząt dla wygody turystów jest bez sensu (podobnie jak męczenie osłów na Santorini i w paru jeszcze innych miejscach) i powinno być karane). Jakby tego było jeszcze mało to właściwie wszędzie gdzie weszliśmy do wody czuliśmy się jak w akwarium i nie tylko dlatego, że woda miała 34 stopnie, ale dlatego, że ryby były właściwie na wyciągnięcie ręki, a czasem i bliżej. A skoro jesteśmy przy rybach to jeszcze dodam, że spróbowaliśmy lokalnych ryb…. pycha, nie jak te z Centrali Rybnej 😉 oraz owoców, też pycha. Za to z resztą jedzenia było właściwie dokładnie odwrotnie… ale to tylko tak, żeby nie było jak w raju 😉

A teraz to co najważniejsze czyli zdjęcia…

Nord Norge latem

Chciałbym uciąć różne domysły i podejrzenia oraz plotki dotyczące mojej osoby. Otóż żyję, mam się dobrze i nigdzie nie zaginąłem. Zacznę jednak od dowcipu …

“Egzamin na kierunku nauki polityczne. Profesor pyta studentkę:

P: – Co pani wiadomo na temat programu ekonomicznego dla Polski, realizowanego przez minister Gilowską?
S: Dziewczyna milczy.
P: – No to co pani wie o polityce społecznej rzadu Jarosława Kaczyńskiego?
S: Dziewczyna milczy.
P:  – A wie pani chociaż, kto to jest Kaczyński?
S: Dziewczyna milczy.
P: – A skąd pani pochodzi?
S: – Z Bieszczad, panie profesorze.

Profesor podszedł do okna, wygląda na ulice, chwilę się zastanawia i mówi do siebie:
– A może by tak wszystko pieprznąć i wyjechać w te Bieszczady…?”

 

Pieprznąłem więc wszystko i wyjechałem w Bieszczady. Tyle, że norweskie położone jakieś 350 – 500 km (zależy którą drogą się jedzie, a są dwie) za kołem polarnym.

Tu mieszkamy
Tu mieszkamy

Wrzuciłem tyle ile zmieściło mi się do samochodu i wyjechałem…. a co za tym idzie nie interesuje mnie jaka jest pogoda w Bytomiu (przepraszam Bytom); kto i co komu powiedział w TVP albo co zrobił taki jeden mały łysiejący gościu…. interesuje mnie za to kiedy i ile śniegu spadnie 🙂 oraz gdzie przechodziły ostatnio stada reniferów tudzież łosi, bo szkoda było by któregoś niechcący potrącić.

Na pytanie “Jak jest?” Odpowiadam “Dobrze”. A co więcej … pogoda znośna, pracuje się powoli i bez szarpania, zarabia dobrze, wydaje w sumie nie dużo (jak się okazuje w wielu momentach to dość tani kraj do życia w porównaniu z PL, ale o tym może przy innej okazji). Ludzie są mili, uprzejmi i nie gniewają się, że kaleczę ich język. Jako, że  jest ich niewielu to np.: do sąsiada mam 700m,  do sklepu 5km, ale za to parkuję pod drzwiami wejściowymi i mogę nie wyłączać silnika (tak robią aborygeni), a jak przy kasie jest jedna osoba to już jest tłok  i otwierają drugą, pod warunkiem, że jest druga osoba w pracy 😉 Polubiłem więc zakupy, bo nie muszę stać godzinę w kolejce, żeby pozbyć się własnych pieniędzy…

Wiem, że napisałem, że nie interesuje mnie pogoda w Bytomiu, ale może kogoś interesuje pogoda tutaj. Więc tak w telegraficznym skrócie. Do połowy sierpnia było ciągle widno, w połowie września  mamy parę godzin nocy więc w dzień jest widno, świeci słońce i mamy niebieskie niebo. Zupełnie ciemno będzie od końca listopada do połowy stycznia. Temperatury w dzień są od około 12 do 18 stopni (lipiec – wrzesień), w nocy zdarzają się przymrozki. W górach pierwszy razy śnieg spadł w lipcu, trochę niżej, czyli tam gdzie mieszkam, na początku października. Przy drogach powbijali tyczki, pokazujące gdzie jest droga i ile jest śniegu więc pewnie zima się zbliża szybkimi krokami. A i była już pierwsza zorza polarna …. cudowne zjawisko, bardzo mi się podobało 🙂

I na koniec parę zdjęć z okolicy

Nowy Jork

Nazywajcie go jak chcecie… jest wielki… można go nienawidzić, można go uwielbiać… oto Nowy Jork – Big Apple.

Założony w 1614, a od 1625 nazywany  Nowym Amsterdamem, bo w końcu to holenderska kolonia 🙂 Obecnie zwany pieszczotliwie Big Apple, który zamieszkuje ponad 8,5 milionów ludzi.  Każdy (bądź prawie każdy) widział w TV albo na filmie wieżowce na Manhattanie, Brooklyn Bridge czy Statuę Wolności… ale tam trzeba pojechać i zobaczyć…

… Jesteśmy blisko lotniska w Nowym Jorku. Już od jakiegoś czasu kręcimy się nad miastem, robimy trzecie okrążenie… miasto jest ogromne z prostopadłymi do siebie ulicami. Wreszcie lądujemy, dopiero co dotknęliśmy ziemi, a za nami już następny samolot ląduje (to i tak nic … przy odlocie stałem w “korku” na pasie startowym). Chwilę później jedziemy samochodem do miejsca, gdzie przez chwilę będziemy mieszkać… Następne cztery dni biegamy bo mieście (głównie Manhattanie), po Karaibach wszystko jest wielkie 🙂

Siódmego dnia nienawidzę Nowego Jorku… ósmego nie jest lepiej… Wydaje mi się, że tu się wszyscy nienawidzą… Azjaci nienawidzą Czarnych, Ci Żydów, Żydzi Rosjan, Rosjanie Polaków, Polacy wszystkich innych i tak od początku.. Dziewiąty dzień jest przełomowy, akcje miasta rosną… Dnia czternastego mogę założyć koszulkę z napisem “I love NY”

iloveny

Ludzie jednak są sympatyczni… wszyscy, Pani w sklepie również 🙂 Właściwie wszędzie się pytają “jak leci?”. Zrobię taki eksperyment w Polsce – zagadnę dowolnego przechodnia i zapytam się co u niego słychać. Widzę to tak:

  • Ja: – Cześć! Co słychać ?
  • Ktoś: – A chu… Ci do tego….

Inne fajne i mniej fajne rzeczy:

  • W metrze można śpiewać, na ulicy też … i żadna stara raszpla nie zwróci Ci uwagi, że nie wolno. W ogóle ludzie chodzą jacyś bardziej uśmiechnięci.
  • Wolno też, przechodzić na czerwonym świetle, chociaż zazwyczaj to bardzo ryzykowne zajęcie.
  • Samochody są fajne, bo duże i nie kosztują majątku. To jest rzecz, narzędzie, a nie obiekt kultu, wzdychania po niedzielnej mszy i wiecznego polerowania 😀 Zarysował się… no to nie fart, kolejna rysa w tym miesiącu.
  • Właściwie wszystko jest duże… nawet jak nie chcesz to jest duże.
  • Można się ubrać dowolnie i nikt się na Ciebie nie patrzy jak na przybysza z innej planety/pedała/zboczeńca* (* – nie właściwe skreślić).
  • Jesteś ANONIMOWY, a to oznacza, że nikogo nie obchodzisz i nikt nie obchodzi Ciebie… tutaj jest 8 i pół miliona takich jak TY – z czego spora część nie legalnie więc Ci próbują być jeszcze bardziej anonimowi
  • Jest niestety brudno…
  • Wymyśl sobie nację, której nie widziałeś i spróbuj jej nie znaleźć. Nie da się 🙂
  • Nie ma zasięgu komórek w metrze (i to jest fajne !). Co ważniejsze nikt się o to tam nie awanturuje… a u nas krzyczeli, że jesteśmy 10 lat za wszystkimi 😉
  • Widać mnóstwo prowizorki i rękodzieła (choć czasem to zaleta, bo można fajnie zarobić na prostych rzeczach)
  • Czeki są w powszechnym użyciu … nadal. W Polsce realizacja czeku w krótkim terminie graniczy z cudem.
  • Numerowanie ulic i alei liczbami jest o niebo praktyczniejsze niż nadawanie im nazw. Nie ma problemu zmieniających się bohaterów czy dylematów najpierw jest Marszałkowska a później Stawki czy może Gagarina… Była 3 ulica to musi być teraz 4… 🙂
  • Policja jest miła (u nas z resztą też 🙂 )
  • Na poczcie jest tak samo jak u nas, kolejka jak za papierem toaletowym za komuny, na 10 okienek otwarte jedno (i to nie znaczy, że ktoś tam pracuje)
  • Warszawa ma SUPER system biletowy, o Nowym Jorku nie można tak powiedzieć (w W-wie można na jednym bilecie przesiąść się z metra do autobusu, w NY nie)
  • Można wybierać w dowolnej kuchni świata pod warunkiem, że jest to albo fast food albo droga restauracja, nie znalazłem wariantu pośredniego.
  • Brakuje zieleni…. nie licząc Central Parku, ktoś wybetonował całe miasto.
  • Mają bardzo blisko do Oceanu… niektórzy nawet widzą go z okna (byłem, widziałem, zazdroszczę 🙂 )
  • W większości miejsc elewacje budynków są czyste i w miarę zadbane. Nie atakują Cię zewsząd billboardy z szynką za 9,99 zł (chociaż, nie  da się ukryć, że reklam jest dużo… tylko one jakoś wyglądają 🙂 )
  • Trzeba znać kierunki geograficzne i się umieć nimi posługiwać. Dość często dostajesz wskazówkę, wysiądź na stacji X i spotkajmy się przy północno-zachodnim wyjściu.

PS. Podejrzewam, że pierwotnej nazwy większość mieszkańców tego miasta nie zna, tak jak większość mieszkańców Katowic nie zna (bądź nie chce znać), nazwy na cześć wodza – Stalinogród 🙂

Antigua

Antigua  jest jedną z trzech wysp należącą do państwa Antigua i Barbuda (ta trzecia nie wymieniona w nazwie to Redonda). Jest dużo mniejsza od Saint Lucii, a dodatkowo jako jedyna w całym państwie połączona komunikacyjnie na zewnątrz.

W wigilię przypłynęliśmy najpierw do English Harbour, ale nie było miejsca na jedną noc  i musieliśmy na noc stanąć kawałek obok. Falmouth Harbour to marina dla super i mega jachtów. Od lądu marina schowana jest za wielkim i szczelnym płotem z ochroną na bramie,w środku wielkie wybetonowane pomosty z  dostępną wodą i prądem. Nie ma  toalet i pryszniców – wszyscy mają je u siebie, więc po co się przejmować ich brakiem…

Wigilia na Karaibach wygląda zdecydowanie inaczej… nie ma śniegu, bo to oczywiste. Nie ma też choinki, 12 potraw i smętnych kolęd… Są za to otwarte wszystkie bary i restauracje, z których dobiega głośna i skoczna (!) muzyka. Trzeba chwilę poświęcić, żeby dojść, że to …. lokalne kolędy 🙂 Nam się one bardzo spodobały, przecież to wesoły dzień więc powinno być radośnie i wesoło, a nie jak na stypie 😀 Wybraliśmy się w komplecie (tzn. Sylwia, Ja, Piotrek, Nic i Alan) do jednej z restauracji i postanowiliśmy “zaszaleć”, w końcu prezentów sobie nie dajemy to możemy coś zjeść fajnego… Ryby nie ma, skończyła się. Jest stek, pizza albo kurczak. No to pięknie… biorę stek, a do tego Red Stripe (“lokalne” piwo … z Jamajki). Pycha, że palce lizać. Po dobrych dwóch godzinach i kolejnych piwach  (czy już napisałem, że piwo to albo 0,275 albo 0,325 litra ?!) i drinkach trzeba by zapłacić, patrzę na stół i na chwilę rzednie mi mina – wyjdzie pewnie majątek (licząc, że będzie coś ekstra za Wigilię)… A tutaj niespodzianka, ceny bardzo przyzwoite i umiarkowane. Zdecydowanie taniej niż na Saint Lucii i lepiej smakuje.

Rano płyniemy z powrotem do English Harbour na z góry upatrzone miejsce. Normalnie zacumowanie rufą do kei zajmuje nie więcej niż 10 minut, ale przy lekkim i mało sterownym (na silniku) 60 stopowym jachcie, bez windy kotwicznej i żadnej knagi zajmuje nam to prawię godzinę, a wszystko idzie w miarę sprawnie i bez większych problemów.Jednak warto było się przestawić… trafiamy w środek świątecznej imprezy. Tańczy cała marina (część już jest lekko nie trzeźwa, w końcu za nie długo południe), słońce przypieka, orkiestra przygrywa, a grill pachnie i kusi…. Są dwa elementy świąteczne… widoczny: czerwone czapki z pomponami i słyszalny: każdy każdemu życzy “Merry Christmas”.

Następnego dnia już po świętach, jest cisza i spokój. Marina posprzątana… a my zaczynamy się rozglądać co tu zwiedzić i zobaczyć. Antigua reklamuje się jako wyspa słońca i plaż. Nie jesteśmy maniakami leżenia na plaży, ale trzeba będzie spróbować, bo poza plażami to największą atrakcją jest fort w English Harbour. Z tym, że my tam mieszkamy więc zwiedzamy codziennie chodząc na przykład umyć zęby 🙂

Zebraliśmy się w końcu sobie i postanowiliśmy pojeździć po wyspie… Na pierwszy ogień jedziemy busem do stolicy wyspy czyli Saint Johns. Małe (choć może i duże, jak się spojrzy na lokalne warunki) miasto, gdzie centralnym miejscem są dwie odnowione uliczki z pseudo-sklepami “DUTY FREE”  dla turystów. Uliczki są właściwie przedłużeniem pirsu do którego przybijają “kamienice”, czyli ogromne statki pasażerskie  jak je nazywamy. Przypływają one prawie codziennie, zawsze rano i wysypują się z nich (są wypędzani?) setkami biali jak ściana turyści, których miejscowi przewodnicy-naganiacze przeganiają przez wspomniane dwie ulice wprost do buso-taksówek  i za zbójecką kasę obwożą po wyspie… nie ma to jak wymarzone wakacje na Karaibach 😉

Później, jak już zaprzyjaźniliśmy się z lokalnymi zwyczajami transportowymi, pojechaliśmy najpierw na zachodni brzeg wyspy (zaliczyliśmy plażę o wdzięcznej nazwie “Old Road” oraz Jolly Harbour), a później na wschodnie wybrzeże. Najpierw połaziliśmy w okolicach Indian Point, później pojechaliśmy do Halfmoon Bay. Tam kolejna przygoda, bo dojechaliśmy około 1600 (to ważne!), zanim dostaliśmy się na plaże była już po 1700. Kąpiel, leniuchowanie i takie tam i już mamy 1800, a 20 minut później jest ciemno (co nie znaczy, że zimno). Pytamy się w barze przy plaży, czy może wiedzą czy tu staje autobus do St. Johns… otóż nie staje, co więcej następny autobus jest … jutro rano.  Pozostaje nam nocleg tylko, że w okolicznych resortach  ceny oscylują w okolicach 300 USD za noc…. trochę słabo. Pomoc przychodzi z … baru. Właściciel dzwoni do znajomego, ten do znajomego znajomego, a tamten jeszcze gdzieś … i po 15 minutach mamy załatwiony nocleg za 150 EC (jakieś 53 USD) w guest housie (takie nasze kwatery prywatne), a chwilę później otwierają nam knajpkę, żebyśmy mogli zjeść coś na ciepło. Żarcie pycha, widok rewelacyjny, cena 1/2 tego co w English Harbour. Wracamy na piechotę (jakieś 2 km) nie chcemy nadwyrężyć gościnności w restauracji. Po powrocie zasypiamy natychmiast….

Rano, najpierw kąpiel, później buduję fortecę (co prawda co i raz zalewa mi ją woda, ale co tam). Znów kąpiel i wreszcie śniadanie w zaprzyjaźnionym barze (otwarty jest od 1100). Zostalibyśmy dłużej, ale wracamy do English Harbour – mamy jeszcze parę spraw do załatwienia, które zajęły nam parę tygodni i ruszyliśmy dalej. Cel Nowy Jork.

Saint Lucia

Ten wpis napisała Sylwia

W czwartek 10 grudnia dopłynęliśmy do Saint Lucii. O 0100 w nocy Maciek pokazywał mi światła na Martynice i na St. Lucii i jakieś trzy godziny później minęliśmy metę. Zatrzymaliśmy się na kotwicy do rana, żeby po ciemku nie wchodzić do mariny, ponieważ główki tutaj są nadzwyczaj wąskie, właściwie to dobra brama do obory jest szersza.

Szorowanie jachtu po rejsie i  porządki zajęły nam ze dwa dni. A potem przyszedł czas na zaskakujące ruchy ze strony właścicieli. Wpierw zrzuta całej załogi na straty poniesione podczas rejsu, a więc wyciąganie od nas kasy za zgubiony bloczek, naddarty żagiel czy przetarte bimini. Po raz pierwszy spotkałam się z takim podejściem właściciela łódki startującej w regatach. Już przecież i tak jako załoga pokryliśmy koszty wpisowego do regat za łódkę, co przecież też jest niecodzienne. Potem informacja, że mamy z Darkiem zejść z łódki w ciągu dwóch dni bez możliwości powrotu na nią.  Musieliśmy szybko poszukać nowego lokum i zorganizować przeprowadzkę, co przy ilości gratów przywiezionych z Polski nie było łatwe. Opierając się na wcześniejszych ustaleniach na temat współpracy i wspólnego zajmowania się łódką zakładaliśmy, że spędzimy na tej łódce co najmniej rok. Tak więc też i nie ograniczaliśmy się specjalnie w objętości rzeczy, ilości książek, ubrań itp. Darek nigdy nie usłyszał, żadnego “dziękuję” za pomoc w odebraniu łódki ze stoczni, za przygotowanie jachtu do regat, za bezpieczne przeprowadzenie jachtu i całej załogi przez ocean. Nie usłyszał też “przepraszam” za to, że zostaliśmy zostawieni na drugim końcu świata, za to, że wycofano się ze współpracy, za to, że zmarnowano kilka miesięcy Darkowego życia złudnymi mrzonkami o wspólnym biznesie. Cały świat jednak wie, że ‘prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy a nie jak zaczyna’. W tym przypadku słowo ‘mężczyzna’ można zamienić na ‘ludzi’. Nam natomiast pozostała gorycz i niesmak, bo zawiedliśmy się strasznie, ale ponoć najlepsze lekcje to są te najdroższe. Ta jest nadzwyczaj kosztowna. Tym bardziej, że same koszty ewentualnego powrotu do kraju dla naszej dwójki na dzień dzisiejszy to niemal 10000 pln.

A jaka się okazała St. Lucia?

Deszczowa

Deszczowa. Przemieszczamy się między kroplami deszczu Kiedy my tam byliśmy to niemal co dzień padał deszcz, bywało też ulewnie i to całymi dniami. Ja rozumiem przelotne deszcze na Karaibach, ale nam się trafiły wręcz deszcze tropikalne. Z drugiej strony nawet jak zmokniemy to po chwili można wyschnąć.

Bananowa

Okazało się też, że St. Lucia to lokalny potentat w produkcji bananów. Jeżdżąc po wyspie widzieliśmy sporo plantacji bananowców. Już teraz wiem, dlaczego na kiściach bananów umieszcza się niebieskie worki. Jak zwykle marketing. Chodzi o to, aby owoce ładnie wyglądały kiedy trafiają do sklepów. A te worki chronią je przed intensywnym słońcem, owadami i powstawaniem brązowych plam. Poza bananami, których jest całe mnóstwo odmian, na Saint Lucii hoduje się także grapefruity oraz pomarańcze z rozróżnieniem na słodkie i kwaśne. Sporo warzyw i owoców jest importowanych.

i muzyczna
Wille w stylu kolonialnym przeplatają się tu z chatkami zbitymi z kilku desek. Natomiast sprzęt grający nawet w domku jak kurnik musi być pierwszej klasy. To samo w samochodach. Muzyka otaczała nas wszędzie. Mieszkańcy St. Lucii kochają karaoke, w niektóre dni z naciskiem na amerykańskie country! Oczywiście ich zamiłowanie do muzyki nie idzie wcale w parze z jakimś wrodzonym talentem wokalnym.

Kolędy mają zupełnie inne niż w Europie. Bardziej radosne i skoczne.  Właściwie to sporo czasu minęło nim się zorientowaliśmy, że te piosenki, które słyszymy wokół to kolędy.

Nasze zwiedzanie

Najlepiej wspominam wycieczkę do Souferie. To było w niedzielę. Umówiliśmy się na wycieczkę z zapoznaną parą od nas z guest house’u (tak oficjalnie nazywało się to gdzie spaliśmy). Dziewczyna pochodzi z UK, a jej mąż właśnie z Saint Lucii. On trzy lata temu wyjechał do Londynu i tam się poznali. Przesiedzieliśmy razem cały wieczór oglądając co dzieje się na ulicy. A działo się wyjątkowo dużo. To był wieczór, kiedy zmieniłam zdanie na temat bezpiecznej jazdy lokalnych kierowców. W terenie zabudowanym mają ograniczenie do 30 mph (mil na godzinę). Chodników jest nie za wiele, ale jakoś zawsze ładnie nas omijali. Jednak tego wieczoru widzieliśmy tuż przy naszym skrzyżowaniu dwa wypadki jeden po drugim. Przyjeżdżała za każdym razem policja. Malowali znaki na jezdni. A tłum miał zajęcie.

Wracając do wycieczki to wypożyczyliśmy samochód i pojechaliśmy w czwórkę w trudniej dostępne miejsca. Najpierw zatrzymaliśmy się w Marigot Bay, przeurocza zatoczka z ekstra drogą mariną dla białych…

Souferie to miejscowość, która była kiedyś stolicą wyspy. Teraz jest uroczym miasteczkiem sprawiającym dużo lepsze wrażenie niż obecna stolica – Castries. Niedaleko dalej jest wulkan, który ostatnio wybuchł 250 lat temu, a ponieważ ten wulkan lubi odzywać się co 200 lat to teraz czekają z niecierpliwością. Monitorują sejsmografami wszelkie ruchu wewnątrz ziemi, ale zdaje się, że jak pierdyknie to pół wyspy pójdzie z dymem. Na tym wulkanie zapach siarki jest, aż trudny do zniesienia. Widać takie bulgoczące kałuże wody z jakimś błotem, która potem dalej płynie zmieszana już z wodą i jest uważana za super uzdrawiającą. Okoliczne SPA kroją klientów właśnie na takie magmowe błotko, które w pobliżu wulkanu jest dostępne zupełnie za darmo. Rzekomo jakość tutejszego błotka jest porównywalna do tego z Morza Martwego. Podobno pomaga również na ugryzienia komarów. Smarowałam się. I niestety nie dostrzegłam jakieś uderzającej poprawy 🙁 Natomiast cała ta błotnista woda płynąca od wulkanu nawet kilkaset metrów dalej jest wciąż jeszcze gorąca. A okoliczne plaże są pokryte czarnym piachem właśnie przez wulkan.

Następnym punktem programu była kąpiel pod wodospadem. Tym razem woda była zdecydowanie chłodniejsza, ale frajda niesamowita. Mi aż trudno było złapać oddech. Nasi znajomi właśnie tam brali ślub kilka lat temu. Wokół wodospadu jest mnóstwo zieleni, przeróżnych roślin, kwiatów, krzewów i sporo ławeczek.

Innego dnia wybraliśmy się na wycieczkę na drugi koniec wyspy. Najpierw poszwendaliśmy się trochę po stolicy po Castries. Jak na stolicę to trochę mała mieścinka. Bardzo ciasno na ulicach. Mnóstwo ludzi handlujących czymkolwiek i mnóstwo nagabywaczy. I do tego podpływają tam crusingowe kamienice pasażerskie. Darek wpadł na pomysł aby na wszelkie oferty oprowadzania po mieście odpowiadać, że my tu już jesteśmy od tygodnia. Działało.

Do Vieux Fort jedzie się jakieś półtorej godziny jazdy lokalnym busem. To dopiero była jazda! Następnym razem zajmuję miejsce tak, żeby nie widzieć drogi. Nie będę się tak denerwować. Korzystamy tu cały czas z lokalnych busów. Są tanie i kursują bardzo często. Wchodzi w nie jakieś 15 osób. Bardzo dobrze się sprawdzają jako komunikacja miejska. Poznaliśmy tam Patricka aka Powella, 68-letniego rasta. Oprowadził nas wpierw po mieście. Zaprosił na święta ze swoją rodziną. Święta na plaży. Poznaliśmy jego najmłodszego syna, obejrzeliśmy jego łódź. A potem zaciągnął nas do swojego domu, gdzie poznaliśmy jego żoną, która pochodzi z Holandii. Poznaliśmy również jego psy, koty i dwie świnie, które zostaną zabite na święta. Facet spędził 23 lata w Europie z czego 9 lat w armii Jej Królewskiej Mości. Przez wiele lat stacjonował w Niemczech. Sporo czasu spędził też w Danii, Szwecji oraz Holandii, gdzie poznał swoją drugą żonę. Mówi w pięciu językach. Próbował również zorganizować dla nas nocleg w domu swojego brata ale tamten był niezbyt chętny. Może to i lepiej. To by oznaczało kolejną przeprowadzkę i to jeszcze mieszkanie kątem u kogoś.

Nasze przeprowadzki

Podczas pobytu na St. Luci przeprowadzaliśmy trzy razy. Wpierw z jachtu do Gros Islet (czyt. grozele), potem po 5 dniach do apartamentu u Angeli. Złota kobieta. Służymy namiarami na jej apartamenty. Pokoiki w bardzo fajnym stanie, w dobrej cenie w spokojnym miejscu. To tam podglądałam jak kura wysiaduje jajka tuż obok naszego tarasu 🙂 A trzeci raz to już na Volvo 60 w celu przedostania się na Antigua. Za każdym razem udało nam się zostawić trochę rzeczy. Choć oczywiście z bólem serca rozstawialiśmy się z latawcem, frisby czy lampką z Ikei 😉

Zapraszamy do obejrzenia zdjęć z wyspy:

Gran Canaria i przygotowania do regat

Ten wpis napisała Sylwia.

Las Palmas de Gran Canaria,  jedna z Wysp Kanaryjskich bardzo przypadła mi do gustu. Pogoda wspaniała. Nie jest jakoś nadmiernie gorąco. Często nad wyspą się chmurzy i przez to jest bardzo przyjemnie. Wieczorem robi się całkiem chłodno, tak że można założyć nawet długie spodnie i sweter. Choć Hiszpanki chcąc być bardzo modne noszą trendy kozaczki cały dzień.

W ramach wycieczek po wyspie udało nam się zwiedzić na południu Costa del Faro, czyli wybrzeże z latarnią. Całe to południowe wybrzeże opanowane jest przez niemieckich turystów. Hotele zbudowane typowo pod Niemców, z niemieckimi napisami wszędzie, nawet ulice miały często niemieckie nazwy. I oczywiście przychodnie i jakieś kliniki również zostały pomyślane pod niemieckich emerytów i rencistów. Lekarze na tej wyspie pełnią bardzo istotną rolę.

Na plaży w Maspalomas są bardzo fajne wydmy stanowiące nawet jakiś obszar objęty ochroną. Spory kawałek idzie się wzdłuż wybrzeża oceanu i wzdłuż tych wydm. W pewnym momencie zaczęło się roić od opalających się topless a potem bardzo płynnie przeszliśmy do części golasków.  Głównie panowie w wieku raczej mocno emeryckim. Mnóstwo gejów.  Młodych, starych, obściskujących się, całujących na plaży. W pewnym momencie miałam wrażenie, że każdych dwóch mężczyzn, których widzę bez towarzystwa kobiety to para gejów. Wychodzi ze mnie polska ksenofobia 🙁 Ale też prawdą jest, że Majorka czy Kanary to niemal mekka gejów.

W ramach wycieczek po Gran Canarii udało nam się zwiedzić jeszcze … małą wioskę rybacką z przepięknym deptakiem wzdłuż Atlantyku. Fale z hukiem rozbijały się o skały i pieniły. Ocean naprawdę zapiera dech w piersiach. Miasteczko ciche i spokojne. Słynące z “palca boga”, który niestety kilka lat temu złamał się pod wpływem bardzo silnego wiatru. Z apetytem zjedliśmy tam obiad w bardzo niewygórowanej cenie i napiliśmy się kawki.

Z tej strony wyspy, z której my jesteśmy jest wielka marina przy brzegu, a potem w głąb lądu zaczyna się normalne miasto ze sklepami, mieszkaniami, psimi kupami na chodnikach 😉 Z dzielnicami handlowymi, mieszkalnymi i starym miastem.

Przyjeżdżając tu warto poznać choć kilka słów po hiszpańsku. Nawet jeśli to będą tylko pojedyncze słowa. Hiszpanom jest niezwykle miło a jednocześnie szanse na załatwienie jakiejkolwiek sprawy rosną. W każdym choć odrobinę mniej turystycznym miejscu mówią tylko po hiszpańsku.

Kiedy przyleciałam do Las Palmas (11 listopada) w marinie było już mnóstwo jachtów, które miały startować w regatach ARC 2009. Zorganizowane były również seminaria i warsztaty dla załóg na różne tematy związane z crossowaniem Atlantyku. W sobotę byliśmy na wykładzie na temat zarządzania energią na jachcie. W przypadku naszego jachtu to miał być bardzo duży problem. Mamy mnóstwo urządzeń, które pożerają ogromne ilości prądu. Ogromne jak na jacht, który ma płynąć przez większość czasu pod żaglami i nie posiada agregatu.

W czwartek były warsztaty jak posługiwać się sekstansem. Chris Tibbs, człowiek, który trzy razy opłynął świat dookoła a Atlantyk crossował 20 razy, pokazywał nam jak sobie poradzić z tym urządzeniem. Każda załoga przyszła z walizeczką, w której przynieśli sekstansy i po kilku słowach wprowadzenia działaliśmy. My mamy wypożyczony z zaprzyjaźnionego Klubu Żeglarskiego Politechniki Warszawskiej pamiętający czasy DDR.

Dla mnie najciekawsze seminarium dotyczyło problemu zaprowiantowania na taką trzytygodniową wyprawę przez ocean. Wiele cennych uwag. Co zrobić, żeby nie wietrzyć lodówki (znów pojawia się problem zarządzania energią na jachcie). Jak dopilnować,
żeby nikt się nie odwodnił. Ćwiczenia dla ciała i ducha dla załogi. I konkurs z bazylią – jak długo wytrzyma nam na pokładzie roślinka
bazylii zabrana z Las Palmas. Z wykładów staraliśmy się korzystać  całości. Po 3-4 godziny dziennie spędzaliśmy na tych seminariach
uświadamiając sobie jak słabo jest przygotowany nasz jacht i jak wiele rzeczy można jeszcze usprawnić albo z czym będziemy musieli sobie poradzić.

15 listopada była parada wszystkich załóg, które dotychczas dotarły do Las Palmas. Oficjalne otwarcie regat. Było już mnóstwo ludzi. Dostaliśmy flagę Polski i jako reprezentacja maszerowaliśmy za Holendrami i przed Portugalczykami. Do tego była orkiestra. Reprezentacje z trzydziestu kilku krajów. Marina jest naprawdę duża. Odczuliśmy to podczas tego przemarszu. Było też widać jak niesamowicie dużo jest ekip z dziećmi, zwłaszcza z Holandii, Norwegii, Francji. Maluchy, które zasuwały w kapokach, zasypiały momentami na kei a jednocześnie świetnie się przy tym wszystkim bawiły. Było też sporo imprez towarzyszących pomyślanych specjalnie z myślą o dzieciach.

18 listopada. Dziś wstaliśmy po siódmej, żeby pójść na targ i nakupić owoce i warzywa. Były dwa stoiska wyznaczone dla załóg z ARC. Wyznaczone w tym znaczeniu, że ktoś tam mówi po angielsku i dowożą zakupy pod jacht. Zrobiliśmy rozpoznanie i okazało się, że mają tam nieźle wyciągniete ceny w górę. Więc zamiast iść na łatwiznę to zrobiliśmy zakupy na straganie lokalnego handlarza, który mówi tylko i wyłącznie po hiszpańsku. Był niezmiernie szczęśliwy, pomocny i okazało się, że sporo chęci z obu stron i bardzo niewielka pomoc słownika umożliwiły nam bardzo udane zakupy. Łącznie z tym, że pan zapakował nam wszystko w kartony, zawiózł piętro niżej do ulicy i zawołał taxi, które za 4 euro zawiozło nas do mariny pod samą bramę do naszego pontonu. Jestem bardzo dumna z nas, że zrobiliśmy zakupy u lokalesa i wykorzystałam niemal całą moją znajomość hiszpańskiego.

Popołudniu zrobiliśmy bieg do Hipermarketu del Corte Ingles celem dokupienia spożywki – bardzo dużo rzeczy zostało kupionych w Polsce i rozplanowanych na dwa odcinki – pierwszy z Anglii na Kanary a drugi przez Atlantyk. Tak więc to co zostało nam do dokupienia to jedynie niewielki wycinek całości. Mimo to kolejne sklepowe wózki wypchane pod samą górę zasiliły nasz pokład.

Lodówka zapchana po brzegi. Pod sufitem wiszą siatki z owocami. Pachnie ananasem. Ciekawe ile z tych owoców wytrzyma do końca rejsu?

Zapraszamy do obejrzenia zdjęć:

Irlandia

Zbliżał się długi listopadowy weekend. Idealna pora roku na krótki wypad. Wpadliśmy więc na pomysł, żeby “low costowo” zobaczyć zamorskie województwo Polski. Skoro nie trafiliśmy tam na przysłowiowy “zmywak” to pojedźmy i zobaczmy w ten sposób.

Zaczęliśmy i skończyliśmy w Cork.  Irlandię objechaliśmy w zasadzie dookoła zgodnie ze wskazówkami zegara. Byliśmy też chwil kilka w Belfaście w Irlandii Północnej, ale wyspa jest jedna więc nie będę sztucznie dzielił postów 😛

Wyjazd super. Low cost wyszedł nam tak sobie. Żaden spotkany Irlandczyk nie chciał uwierzyć, że przylecieliśmy turystycznie i to w listopadzie 🙂  Za to przez te kilka dni udało nam się zobaczyć sporo i sporo piwa wypić 🙂 a resztę niech opowiedzą zdjęcia …

Turcja

Zaczęło się jeszcze w Grecji i przez Greków, bo nie pozwolili nam popłynąć do Bodrum w Turcji …

Więc naturalnym było sprawdzenie dlaczego nie chcieli nas tam puścić. W tym celu wyczarterowałem Bavarię 44, zebrałem załogę (fajną 🙂 ) i polecieliśmy do Bodrum. Po wylądowaniu okazało się, że jacht stoi 30 km dalej w miejscowości Turgut Reis i moim zdaniem dobrze, bo Bodrum jest obrzydliwie turystyczne…

Jest niedziela rano, wszystko jest gotowe więc czas start… wypływamy z założeniem im bardziej na wschód tym lepiej, im dalej od turystów tym lepiej… Pierwszy postój w miejscowości Datca, mały porcik z właściwie jedną uliczką, miejsce dość turystyczne, ale jakieś takie fajne. Następnego dnia jest dużo lepiej rzucamy kotwice w jednej z zatoczek koło Ekincik.

Podpływa do nas Turek i proponuje nam zobaczenie żółwi i jakiegoś rumowiska (po zeszłorocznym rejsie w Grecji jakoś mam uraz do nazywania zabytkiem dwóch kamieni, które ponoć leżą tu od 2000 lat ). Po drobnych targach ustalamy cenę na bardziej przystępną i już nie możemy doczekać się żółwi.

Nigdy nie widziałem takich duży żółwi, a tym bardziej nie dotykałem i nie karmiłem. Były słodkie. Jeszcze runda koło czegoś co z daleka przewodnik nazwał grobowcami królów (OK. wierzymy na słowo), przekąska w jedynej słusznej knajpie (słusznej, bo związanej z rodziną naszego przewodnika) i wracamy… Czas płynąć dalej, czas na nurkowanie. Wybieramy miejscowość Kas, właściwie to wybrała się sama, bo dalej nie wiele już było. Trafiliśmy do świetnej bazy nurkowej. Wszystko dopracowane do perfekcji, nic tylko się od nich uczyć. Oglądamy rafę, wrak i parę zwierzątek…

No my tu gadu gadu, a za następnym cyplem jest lokalna atrakcja, czyli “Zatopione miasto”. I chyba tylko to, że rzeczywiście było częściowo zatopione to jest ładne i nie rozgrabione na różne inne budowlane cele.

Prognoza pogody staje się mało sprzyjająca do dalszej żeglugi na wschód i podejmuję decyzję, że popłyniemy na Rodos i może dalej na Kretę. Wracamy więc do Kas się odprawić, to nie unia europejska… Już prawie zapomniałem jak to jest policja, kapitanat portu, celnicy… dwie i pół godziny, sporo druków i podpisów i możemy płynąć. To popłynęliśmy …

Na Rodos procedura odwrotna, tylko miasto większe i odległości między kolejnymi miejscami do zbierania pieczątek i podpisów większa. Ale dzięki temu częściowo da się zwiedzić miasto. Po załatwieniu formalności pozostaje tylko zwiedzanie. Jest ładnie, trochę męczy ilość turystów, ale co zrobić jakoś damy radę…

Ruszamy na Kretę i po kilku godzinach niespodzianka przy około 4-5B i to pod brzegiem jacht przestaje żeglować. Przy pełnych żaglach kładzie na burcie i bardziej dryfuje niż płynie do przodu, a każda następna fala (nawet mała) tak rzuca jachtem i tak wszystko w środku trzeszczy jakby się miało zaraz rozpaść. Próbujemy różnych kombinacji żagli (a mamy tylko dwa) i nic… albo leżymy na burcie, albo nie płyniemy do przodu wcale, bo jest za mało żagli. Ewakujemy się do pobliskiej zatoki (bardzo uroczej zresztą), która staje się naszą celą na najbliższe dwa i pół dnia. Prognoza najpierw mówiła o wietrze 5-6B, później zmieniła się na 7-8B.

Z racji kurczącego się czasu i brakującej słodkiej wody, wracamy do Rodos. Krótki postój i śmigamy dalej. Płyniemy na grecką wyspę Simi idalej wzdłuż tureckiego brzegu trafiamy do małego portu Gulluck… Jesteśmy jedynym jachtem. W ramach odprawy granicznej okazuje się, że musimy dostać zgodę lekarza ! Takich jaj dawno nie widziałem, ale pokornie wypisuję kolejne formularze i zaświadczam, że wszyscy są zdrowi i nic nie przemycam i że ja tu jestem tylko turystycznie i nie podejmę pracy. Jak już możemy chodzić po ulicach nie ukrywając się po kątach okazuje się, że miejscowość jest absolutnie nie turystyczna. Takiej szukaliśmy! Ponieważ nasz postój się przedłuża zaprzyjaźniliśmy się z właścicielem knajpy przy której stoimy i poza stołowaniem się u niego, obserwujemy zachownie lokalnej ludności.

Niestety nasz czas się skończył, jeszcze przelot do Turgut Reis oddajemy jacht i … czas na zwiedzanie Istambułu. Najpierw jednak trzeba się tam dostać, więc najpierw autokar, żeby zdążyć na pociąg (jedyny tego dnia)… i prawie się udało, tylko okazało się, że dworzec jest w remoncie i pociągi odchodzą z innego miejsca, a tam już nie zdążymy. Więc szybko z powrotem na dworzec autobusowy (jest kawałek za miastem, a miasto spore bo to Izmir), to może zdążymy jeszcze na prom, którym przepłyniemy przez morze Marmara, bo jak nie to zostaje nam noc w autokarze.

Uff… udało się, właściwie w ostatnim momencie. Teraz mamy dwa dni w Istambule, a ten jest piękny. Nie wiadomo gdzie iść i gdzie zajrzeć, więc zaglądamy gdzie się da 🙂 Było warto widzieliśmy miejsca maksymalnie turystyczne i takie, które turysty nie widziały od paru lat.  Samolot był o czwartej rano, to była krótka noc, a właściwie jej nie było 🙂

Zdjęcia z Turcji:

Islandia

Wielokrotnie pytano mnie się jak tam jest … postanowiłem wreszcie opisać nasz rejs dookoła Islandii.

Przygotowania do rejsu rozpocząłem jeszcze w grudniu 2004. Na początku roku wiadomo było, że jacht “Politechnika” popłynie w tamtą stronę, a ja poprowadzę odcinek z Obanu w Szkocji do Reykjaviku na Islandii. Potrzebowałem dwa dni, żeby zebrać sprawdzoną już super załogę w składzie: Zuza Łopieńska, Aśka Krawiec, Helena Zuszek, Jarek Hasik, Mikołaj Woroniecki, Łukasz Rosenberg, Krzysiek Meldner, Rafał Głogowski.

Wyjeżdżaliśmy na początku lipca z Warszawy. Bus, którym wieźliśmy sobie rzeczy potrzebne na rejs zapakowany był do granic możliwości, a nawet trochę bardziej… I już po 36 godzinach jazdy z paroma przygodami, o których mógłbym napisać kolejny wątek, dotarliśmy do Obanu… gdzie się okazało, że nie ma kei na której możemy się spokojnie zapakować… Metodą partyzancką jednak się udało. Wszystko się zmieściło i mieliśmy jeszcze trochę czasu, żeby zwiedzić miasteczko.

Następnego dnia rano start… z drobnym postojem w Stornoway na dotankowanie paliwa pożeglowaliśmy prosto na Islandię. Z tym prosto to mocno przesadziłem 🙂 Po wyjściu za wyspy Lewis najpierw płynęliśmy na NW, a po około 3 dniach zmieniliśmy kurs na bardziej N. Tak czy siak po dokładnie czterech dobach dotarliśmy do Hofn.

To nasz pierwszy kontakt z Islandią i pierwsze wrażenia: brak mariny, właściwie nie ma ludzi, woda na basenie pachnie siarką, Islandczycy spacerują jeżdżąc samochodem, jest pięknie 🙂

Po krótkim odpoczynku i prawie całodziennej wycieczce do pobliskiego lodowca ruszyliśmy dalej.
Po drodze w nieziemsko gęstej mgle udało nam się trafić na przepiękną wyspę Papey. Na szczęście na samej wyspie zrobiło się słonecznie, ciepło i bez mgły… Zaraz po opuszczeniu wyspy mgła wróciła i towarzyszyła nam koleje cztery dni.

Kolejnym przystankiem w naszym rejsie był Seydisfjordur miasteczko, w którym po pierwsze poznaliśmy różnicę po między leśniczym a ‘tree-maker’. Ten pierwszy, jak wiadomo, opiekuje się drzewami, które już są. Ten drugi ma je stworzyć i to jest lepsze określenie niż wyhodować 🙂

Drugą rzeczą, którą odkryliśmy to fakt, że w niewielkim baseniku w którym stanęliśmy mapa pokazywała trochę inną głębokość niż powinna i przy niskiej wodzie okazało się, że stoimy w piachu. Postój przedłużył nam się do najbliższej wysokiej wody i po krótkiej walce udało nam się wyjść w stronę Akureyri. Zaraz po wyjściu z fiordu przywitał nas wiatr, który dość szybko stężał do 8 Beauforta i tak trzymał prawie 12 godzin, później znów była mgła, a temperatura spadała do około 4-5 stopni.

W Akureyri zrobiliśmy sobie drugą wycieczkę wgłąb lądu. W tym celu pożyczyliśmy dwie Toyoty Corolle i objechaliśmy całą północno-wschodnią część wyspy… wodospady, pola lawy, źródła geotermalne… czy muszę pisać, że znów było pięknie ?

Wróciliśmy około północy, oddaliśmy samochody i płyniemy dalej, a odpoczniemy na emeryturze 🙂 Przed południem byliśmy na malutkiej wyspie Sandvik. Tutaj mogliśmy przekraczać koło polarne do bólu i wedle własnych życzeń… np.: dwadzieścia trzy razy 🙂

Krótki postój i płyniemy dalej to połowa rejsu i połowa wyspy. Ale dobrze nie wyszliśmy na morze, jak z wody ‘coś’ wystaje i płynie na nas… Niechybnie trzeba to uwiecznić na zdjęciu przynajmniej w kilkudziesięciu ujęciach, więc uganialiśmy się czymś co określiliśmy jako orka przez prawie dwie godziny… efekt był lepszy od założonego 🙂

Następnego dnia po minięciu lokalnego przylądka Horn stanęliśmy w małej zatocze Hornvik i dokonaliśmy desantu na ląd. Przywitała nas plaża z czarnym piachem wulkanicznym, później długo ciągnęły się krzaki i chaszcze, aż wreszcie doszliśmy do wodospadu, w którym pomimo zimnej wody wzięliśmy mały prysznic 🙂 Jak już się wszyscy zebrali z powrotem na jachcie to czas był najwyższy podnieść kotwicę i ruszyć dalej. Wiatr powitał nas podmuchami do 6 może 7 B i jeden z takich podmuchów zmniejszył nasz stan posiadania o jednego grota :-/

Isafjordur – spory (jak na Islandię) port rybacki, ale żaglomistrza nie mieli. Udało nam się za to umówić, że Reykjaviku w firmie szwagra faceta, który atestował tratwy w Isafjordur, zszyją nam grota. My po uzupełnieniu wody popłynęliśmy dalej…

Okazało się, że mamy dzień zapasu. Wyciągnąłem mapę, patrzę gdzie tu można się zatrzymać i jest coś fajnego… Jest coś… nazywa się cośtamjokull, a jokull to lodowiec. Więc będzie nasz…

Sześć i półgodziny wspinania się do góry, najpierw po mokrej trawie przedzielonej trzema lodowatymi potokami, później kamienista pustynia, następnie głazy po których skakaliśmy, żeby dojść wyżej … a na końcu śnieg i fikołki 🙂 a później już tylko cztery godziny w dół i żeby nie właściciel basenu, który nas wpuścił wieczorem na prawie zamknięty już basen to byśmy chyba się tam pochlastali 🙂

Następnego dnia wymieniliśmy jeszcze uprzejmości z miejscowym rybakiem czego efektem były świeże ryby w zamian za czteropak piwa i płyniemy dalej, do Reykjaviku. Tam najpierw odnajdujemy żaglomistrza, który…. tak naprawdę szyje namioty. Ale obiecuje nam, że będzie OK i mamy pojutrze odebrać żagiel. Cóż było robić pożyczyliśmy terenową Toyotę i kolejny dzień zszedł nam na oglądaniu różności. Między innymi: Gezjera, który jest przereklamowany, mostu między europejską i amerykańską płytą kontynentalna i mnóstwo przepięknych widoków. Po odebraniu żagla i uzupełnieniu wody, paliwa w jedynej chyba marinie na Islandii czekał nas jeszcze mały przeskok do Kefalviku, gdzie mieliśmy się zmienić.

W ciągu 22 dni rejsu przepłynęliśmy 1582 mile morskie w czasie 315 godzin, mieliśmy tydzień mgłę, raz wiatr o sile 8B, prawie dwa tygodnie ciszy oraz cztery całodniowe wycieczki wgłąb wyspy. Było super, głównie dzięki załodze. Dzięki !

Zapraszam do obejrzenia zdjęć z rejsu: