Mazury. 13 lat później…

Byłem parę dni na Mazurach.

I w zasadzie tutaj mógłbym skończyć pisać, bo większość osób która mnie zna albo właśnie dostała zadyszki albo zawału… Dla tych którzy mnie nie znają spieszę z informacją, że  nie byłem na Mazurach ostatnie 13 lat  i nadal tego nie żałuję. Dawno temu po okresie fascynacji kiedy to spędzałem tam nawet i trzy miesiące rocznie przestałem na Mazury  jeździć, bo syf, kiła i mogiła, a do tego drogo i ciężko nie wdepnąć w g…. a i ludzie tacy byli mało przyjaźni, mówiąc delikatnie.Jak było teraz? Szoku nie doznałem. Owszem sporo fajnie zrobionych miejsc (jak choćby Hotel Roś w Piszu czy marina w Mikołajkach), ale za to z cenami iście europejskimi i pobieranymi w najsłabszym znanym mi stylu, czyli płacimy za wszystko i na każdym kroku, czyli postój x zł, prysznic y zł,  toaleta z zł, zmywanie garów w zł albo kotlet x zł (cena w normie), po czym okazuje się, że jeszcze frytki, surówka, kompocik ekstra płatne i już wychodzi stówka za sam obiad. Dobrze, że nie każą sobie płacić za siedzenie na krześle czy za sztućce. Uważam, że opłata za postój w marinie powinna być jedna (za wyjątkiem prysznica, ale o tym niżej). Ciężko mi sobie wyobrazić, że ktoś przypływa do takich dajmy na to Mikołajek i nie skorzysta z toalety czy umywalki. Z obiadami podobnie, nie licząc pojedynczych przypadków, obiad w Polsce to zestaw ryba/mięso+surówka+ryż/ziemniaki, a nie sam kotlet czy same ziemniaki.Z drugiej strony miejscami czułem się jakbym się cofnął w czasie te 13 lat… te same rozpadające się domki letniskowe ogrodzone płotem, który lata świetności miał chwilę przed moim urodzeniem, nie domykająca się toaleta pomalowana wewnątrz brązowo-beżową olejną farbą do której straszno wejść i rząd umywalek z zimną wodą i w co drugiej brakowało kranu … i jeszcze ten prysznic.

Prysznic. Postanowiłem poświęcić temu zjawisku osobny akapit, bo to rzecz która mnie najbardziej fascynuje. Wydawało by się, że to niewielkie pomieszczenie z  kawałkiem rury czy węża zakończonym słuchawką przez który płynie woda nie powinno wzbudzać większych emocji. Nie ma łatwo. I nie chodzi o to, że muszę za niego zapłacić. Nie mam nic przeciwko opłatom. Po pierwsze, każdy wie przez ile z tej wody może korzystać, nie leje się więc ona bez sensu. Po drugie ktoś te prysznice musi sprzątnąć szczególnie w miejscach często uczęszczanych (i w teorii powinno być to częściej niż przy okazji raz na dwa dni). Ale… 10 zł (lekko ponad 2 euro) to cena “po byku” nawet jak na warunki poza granicami Polski. Nie to żeby nie było mnie stać na niego, ale zakładając, że ktoś jedzie na 14 dni i będzie chciał się codziennie umyć (a w lecie to wskazane) to wychodzi z tego nie zła suma. Osobna sprawa to co za te 10 zł dostajemy. Jak świeżo wymytą prawie nową kabinę z wieszakami, uchwytem na mydło, ręcznikiem i nielimitowanym czasem to OK. Ale za obślizgły, zagrzybiony kąt z termą przepływową, z której woda (gorąca albo wrzątek do wyboru) ledwo cieknie i to po donośnym na całą okolicę okrzyku “GOTOWE, MOŻNA WŁĄCZAĆ” to już mnie trafia.

Wypada jeszcze napisać o jachtach… Te urosły i to dużo, czasem chyba nawet za dużo. Z Mazur pamiętam Foki, Wenuski, Sportiny,  Maki i Kormorana (to mój ostatni jacht na którym pływałem). Teraz pływaliśmy Philą 880. To duży jacht, ma on o pół metra więcej niż jacht którym płynąłem ze Świnoujścia do Oslo i z powrotem.  Była to dla przesiadka jak z cudu polskiej motoryzacji na F do samochodu z gwiazdą na masce (nazwa na M). W kokpicie jest dużo miejsca i jest  fajnie pomyślany, system kładzenia masztu też się sprawdza (nie potrzeba dźwigu 😉 ). Silnik z manetką cieszy. W środku jachtu co prawda nie da się stanąć prosto, ale i tak jest sporo miejsca, a koje są wygodne. Wyposażenie w środku zacne. Lodówka, która rzeczywiście chłodzi, kilka lampek, żeby coś w nocy widzieć, kuchenka i bieżąca woda słodka do kompletu też cieszą. Wszystko czyste i sprawne. Kolega jednak dostrzegł pewien mankament  jachtu. Na Mazurskie turystyczne pływanie od brzegu do brzegu  jest … za szybki. Wziuuut i jesteśmy pod jednym brzegiem, zwrot, wziuuuut i jesteśmy pod drugim, to znów zwrot, wziuuut … i znów brzeg, a to dopiero 1030 😉

Wiem, że sobie trochę ponarzekałem, ale nie dałem rady się powstrzymać. Tak w ogóle to było bardzo fajnie i sympatycznie. Odpocząłem sobie, zobaczyłem po latach Pisz, Mikołajki i klasyczną mazurską wieś. Cieszy mnie, że większość miejsc dogoniła cywilizację i przestała być taka brudno-szaro-bura.

Zdjęć za dużo nie zrobiłem, bo krótko i jakoś nie miałem weny do pstrykania. Trochę żałuję, że nie zrobiłem paru zdjęć skansenom wypoczynkowym z lat 70, ale może będzie to powód, żeby pojechać na Mazury wcześniej niż za następne 13 lat, bo wtedy to już mogę nie mieć takiej okazji.